Posts tagged ‘rock’

Hatifnats – Before It Is Too Late

hatifnats

Amerykanie wylądowali na słońcu, Polska zorganizowała ME 2012, a Adam Małysz wrócił do formy z przed lat! Wkońcu. Ale ważniejszym wydarzeniem jest wydanie „Before It’s Too Late”, czyli debiutanckiego krążka zespołu Hatifnats.

Pamiętam jak Stelmach(?) zapowiadał na Offie, że płytka pojawi się we wrześniu. Po ich występie napaliłem się jeszcze bardziej 🙂 I warto było czekać. Po zapowiedziach, w których lider Michał Pydo, mówił, że będzie trochę inaczej aniżeli na koncertach i demach, zastanawiałem się co takiego może pójść pod nóż. Poszło trochę, ale o tym za chwilę.

Album rozpoczyna się instrumentalnym „Towards The Last Sunset”, który brzmi eksperymentalnie i przywodzi mi na myśl trochę orientu. Mniej wytrwali zasną już teraz, a reszta no cóż, zacznie wkręcać się w klimat…

Po trzech minutach, nadejdzie ten moment, który rozwala najbardziej, – jeśli nie znacie tracklisty, to pomyślicie – no dawać te „Waking In The Dark”, czy inne „Konie z Shelville”.

A tu nagle: World 2 i syf, kosmos rozjebunda 5! Te pierwsze dźwięki przywołują myśl jakby ktoś coś odnalazł, w ogóle cały numer mi się tak kojarzy jakby dokonano czegoś epokowego. Miazga. Pydo śpiewa nieco inaczej niż ‘zwykle’, ale nie martwcie się – barwa pozostała ta sama, styl poszczególnych fraz się zmienił.

Dobra nie podniecam się bo to dopiero początek. Koniki są świetne, ale bardziej chyba podobało mi się demo, akustyczna gitara zabrała nieco mocy i da się odczuć.

Czy się stoi, czy się leży, pierwsza zjebka się należy. „Iris” mnie nie przekonuje, niby fajna głębia całego utworu, ale chujowo ułożony, o ile końcówka obfituje w fajną energię, to reszta jest taka zwykła.

W bardzo fajną wycieczkę zabiera nas „Soil” . Jest to numer, który definitywnie powinien się podobać , linia wokalu jest bardzo dobrze dopasowana to melodii. Mocny punkt.

Podczas przesłuchiwania „Mathematix’a” miałem pewne obiekcje. Pamiętam demo z „Offensywy 2”. Nie byłem na początku przekonany. Lecz wyszło dobrze, a chwilę z „teach me to fly” zapisuję do tych momentów magicznych w muzyce.

Co jest smaczkiem podczas słuchania utworu, słyszymy fragment „WITD” grany akustycznie i brzmi on fenomenalnie. Dobra melodia obroni się sama. Prawowita wersja utworu wchodzi chwilę później… Słychać więcej instrumentów, ale najważniejsze, że piosenka nie straciła swojego czaru, choć trochę skrócono jej pazurki.

Hypoxia jest bardzo miła i ma to coś co lubię – jest grana strunowo, więc brzmi nieżle, a do tego wkręca się w głowę. Chociaż twierdze, że można było zrobić ją nieco lepiej.

Before It Is Too Late kończy, mocno, energicznie, choć są akustyczne wstawki, które jak widać spodobały się członkom Hatifnats.

Wydawało się, że po 3 latach na scenie bez płyty, wkońcu będzie za późno, żeby zespół coś wydał. Krążek powinien się podobać, ale należy wziąć pod uwagę, że nie każdego będzie fascynować wokal Michała, więc tu muzyka Hatifnatów straci u potencjalnego odbiorcy.

Zdążyli, zanim byłoby za późno.

Ocena: 7/10

Ps. Czemu wszyscy zaczęli kraść od siebie okładki?

Październik 5, 2009 at 9:04 pm 2 komentarze

Oasis – Be Here Now

oasis be here nowJak obiecałem, tak oczywiście zrobiłem. Mowa tu rzecz jasna, o napisaniu nt. Be Here Now. Myślę, że zanim zacznę to jeszcze kilka słów wstępu. Mianowicie trzecia studyjna płyta Oasis to najszybciej sprzedawany album w historii muzyki – w tydzień sprzedaż sięgnęła ok. 700 tys. Egzemplarzy. Co jest raczej w dzisiejszych czasach już nie do pobicia. Czemu tak się stało – wiadomo. Wielkie oczekiwania związane z zespołem, któremu strasznie spodobało się ćpanie. I taki jest ten krążek, przećpany.

„D’You Know What I Mean?” – zacznę odrazu od teledysku. Majestatyczne dzieło. Przylatuje helikopter i wysiada z niego pięciu kozaków. Wszyscy chwytają za instrumenty. Liam staje jakby wyruchał żony wszystkich prezydentów. I nic w tym dziwnego – oni wtedy musieli się tak czuć. Noel chwyta sobie za Flying Gibsona. Sam kawałek, no cóż poezja. Wah Wah :]

„My Big Mouth” – zagrali tą nutę bodajże, pierwszy raz w Knebworth w 1996 roku, gdzie było w pizdu ludzi ponad 250 tys w dwie noce. Bardzo żywiołowo się zaczyna. Na fajnym riffie się układa numer. Liam oczywiście mistrzowsko śpiewa. Chodliwa piosenka, drugi numer w którym kozaczą… 😉

„Magic Pie” – siedmiominutowe zmulenie klimatu przez Noela, był hardkor to trzeba trochę przyhamować. Słucha się fajnie przez 4-5 minut, potem jednak jest tego trochę za dużo.

„Stand by Me” – kocham to skurwysyństwo, tekst jest strasznie przećpany, bo praktycznie o niczym. Ale jak to się prowadzi, jaki wokal, jaki mostek piękny, wszystko. So what’s the matter with you? Sing me something new.

„I Hope, I Think, I Know” – bardzo melodyjnie, chwytliwe. Tylko Noelowi się nie chciało tekstu dużo pisać i Liam musiał śpiewać tą samą zwrotkę 2 razy, a zresztą żeby to był pierwszy raz… 😉 „Cos baby, after all, you never forget my name”, kojarzy mi się z „and after all… you’re my wonderwall” 😀

„The Girl in the Dirty Shirt” – bardzo lubię posłuchać, pośpiewać też no i jak upierdolę koszulkę to piorę w pervollu black magic. Ale tej dziewczynie wyprałbym w Dosi!

„Fade In-Out” – spokojny numer, chociaż bardzo fajne solówki są w nim zwłaszcza na koncertach z trasy. Czasem Noel grał to akustycznie i nie podoba mi się to w tej wersji. No i ciekawostka, podczas nagrywania numeru na jednej z gitar grał Johny Depp. Wystąpił też gościnnie na którymś z koncertów, ale nie pamiętam kiedy.

„Don’t Go Away” – znakomity wytwór wyobraźni starszego z Gallagherów. Brat spisał się równie zajebiście przy mikrofonie. Singiel miażdżący. Jeden z trzech najlepszych numerów na płycie.

„Be Here Now” – solóweczka niczego sobie, Liam jest hardkorem, jak otwiera to koncert w Manchesterze w 1997 roku, to można dostać biegunki z radości. No i „Oasis” udowadniają, że mogliby przez całe numery śpiewać: „Come On, Come On, Come On, Come On” itd. i wciąż byłoby to zajebiste.

„All Around the World” – piosenka została napisana jakieś 4 lata wcześniej, ale z niewiadomych przyczyn nie wylądowała na żadnym dotychczasowym albumie. Wkońcu ujrzała światło dzienne, Noel wyjebał kupę kasy na orkiestre, jest to bodajże najdroższy numer Oasis, ale za to jak brzmi… Teledysk w klimatach Beatlesowskich. No i „na na na na na na” przywodzące na myśl „Hey Jude”.

„It’s Gettin’ Better (Man!!)” – jakoś zawsze zapominam o tej piosence, chyba dlatego, że długo trwa poprzedni numer. Mogli to dać gdzieś w środku, bo tu autentycznie jest już po finale.

„All Around the World (Reprise)” – w pełni orkiestrowe wykonanie, który pokazuje, że ta piosenka zabrzmi nawet zajebiście bez gitar. Szkoda, że tylko dwie minuty… No i na koniec trzaśnięcie drzwiami.

I to trzaśnięcie było bardzo charakterystyczne dla trzasków w zespole w tamtych latach. Liam z Noelem obijali sobie mordy przy każdej okazji. Obaj ćpali jak wyjadacze. Był wielki rozpad Oasis, który jednak do skutki nie doszedł, a relacjonowały go wszystkie tv w Anglii <lol>

A co na temat płyty uważał ten, który skomponował na nią wszystkie utwory.?

„Płyta brzmi jak banda naćpanych kolesi, który się nie pierdolą w studiu. Nie ma tu basu. Nie wiem, co się z tym stało. Wszystkie piosenki są naprawdę długie, teksty są do dupy, a Liam niczego nie mówi w każdej milisekundzie. Riffy gitarowe są na poziomie tych z programu „Wayne’s World”

Noel Gallagher

Jak widać Noel bardzo krytycznie podszedł do swoich działań. Ja tam bardzo lubię posłuchać i wcale nie jestem jedyny. Liam uważa, że album jest świetny, a bratu coś odjebało.

Wrzesień 19, 2009 at 10:11 pm 1 komentarz

Oasis – The Masterplan

TheMasterplanOasisTrochę minęło od ostatniej notki, ale nie obawiajcie się to był tylko szok szkolny. Na szczęście dla nas wszystkich obyło się bez chorych psów.

Nie będę biadolił, od razu przechodzę do rzeczy. Tytuł nakazuje.

Tak w sumie to myślałem, żeby napisać o „Be Here Now”, ale pomyślałem, że warto zapoznać i zachęcić moich odbiorców do posłuchaniu b-sideów Oasis, które są nieziemsko zajebiste. Na trzeci krążek anglików przyjdzie jeszcze czas, a póki co „The Masterplan” czyli składak piosenek, nie mieszczących się na żadnym z albumów. I tutaj od razu mówię – to nie są jakieś byle jakie numery nagrywane po to, aby tylko coś do singla dorzucić. Zresztą przekonacie się…

Wiecie bo to z takiego moralnego obowiązku, że Oasis rozpada się po raz 999 😉 teraz jednak chyba na stałe. A jak się o nich w Polsce głośno zrobiło 😮 jak nigdy…

„Acquiesce” – świetny ostry kawałek, który był na singlu „Some Might Say”. Bracia uzupełniają się w nim idealnie. No i ten wers, który obrazuje ich obu w Oasis –
„Because we need each other”

“Underneath the sky” – lekko nie ma, a i wokal Liama w zajebistej formie, szkoda, że nie było tego gdzie wcisnąć…

„Talk Tonight” – geniusz Noela, miazga, wokalnie bardzo dobrze. Tej piosenki słucha się bardzo fajnie, a tekst traktuje o podróżach na koncerty, kiedy to nie ma się przy sobie rodziny.

„Going Nowhere” – tak naprawdę jeden kawałek na tej płycie, który mnie nie przekonuje. Mogliby tu dać „D’yer wanna be a spaceman?”. Może komuś się spodoba, ja czasem nawet lubię, ale tylko czasem.

„Fade Away” – zajebisty tekst, ja lubie takie opowieści o młodości. Dosyć prosto złożona piosenka, na koncertach bardzo dobrze to grali, no i ten tekst, o którym mówię po raz drugi.

„Swamp Song” – pełna wersja utworku, który był przerywnikiem na WTSMG. Instrumentalny, przesterowane gitary, fajnie się prowadzi zwłaszcza ta Noela. No i ten luz w jej wykonywaniu na Maine Road…

„I Am The Walrus(live)” – koncertowe wykonanie covera Beatlesów, który często kończył koncerty na trasie do drugiego krążka. Liam śpiewa perfekcyjnie, i niech jakiś kutas powie, że beczy jak zarzynana koza to zajebie!

„Listen Up” – to powinno być zamiast „Hey now!” na WTSMG. Jeden z najlepszych numerów braci Gallagher. Wszystko jest tu idealne. Nie rozumiem, czemu tego tam nie było. Tekst mi się tak spodobał, że sobie go jebnąłem na ściane.

„Rockin’ Chair” – tu nasuwa się tylko jedno pytanie – czy to najlepszy wokal Liama jaki kiedykolwiek wydobył z siebie. o co on wyprawia tutaj to się w głowie nie mieści.
Zawsze chętnie tego słucham no i można fajnie pośpiewać.

„Half the World Away” – bardzo ładny kawałek Noela, szczególnie na żywo magiczny. Cięzko coś napisać, trzeba uruchomić uszy.

„(It’s Good) To Be Free”– mmm młócka na początku wymarzona. Nie dość, że wbija w fotel w oryginale to i akustycznie brzmi nieprzeciętnie!
„Paint me a wish on a velvet sky
You demand the answers but I don’t know why in my mind
There is no time” kocham te wersy.

“Stay Young” – kolejny numer wymiatacz. Jakby tak poskładać te wszystkie piosenki to powstałby całkiem dobry album studyjny z całkiem dużą ilością hitów. Zostań młodym.
Zobaczcie wykonanie z G-MEX 1997.

„Headshrinker” – szkoda, że tak rzadko to wykonywali na koncertach, ale to dlatego, że Liam ustawił sobie wysoko poprzeczkę na wokalu i ciężko byłoby mu to potem śpiewać na każdym gigu. Chociaz na „Live by the sea” poradził sobie wyśmienicie.

„The Masterplan” – Noel do końca życia będzie żałował, że nie umieścił tej piosenki na żadnej poważnej płycie. Jedna z klasycznych piosenek Oasis, jedna z tych magicznych…
„Why we’re all part of the masterplan”

No i radujcie się wszyscy i w ogóle, a w przyszłym tygodniu czeka was wycieczka po “Be Here Now” chyba najbardziej przećpanym krążku.

I pomyśleć, że to dopiero początek świetnych bsideów Anglików…

Wrzesień 9, 2009 at 8:44 pm 1 komentarz

Placebo – Without You I’m Nothing

without you im nothingW ramach standardowego cyklu, który się rozpoczał tydzień temu – kolejna płyta, którą trzeba znać. Szczyt możliwości Placebo, czyli „Without you i’m nothing”. Placki w Polsce lubiani są i to nawet bardzo, koncertują często – w tym roku zagoszczą na Openerze.
Ja tam jakąś szczególną miłością nie darzę ich muzyki, aczkolwiek WYIMN to dla mnie coś niesamowitego, dopracowanego w niezwykłym stopniu. Myślę, że rozpracowanie dzieła Molko jest jednym z trudniejszych zadań, jeśli przyrównać je do typowej muzyki rozrywkowej, której elementy Placebo zawiera.
To jest właśnie niezły paradoks w ich twórczości – klimatycznie piosenki odbieram negatywnie, wywołują emocje, ale tych pozytywnych jest tu jak na lekarstwo. Uśmiechnąć się mogę po wyjęciu płyty z odtwarzacza. A jednak wraca się, co jakiś czas, bo to jest dobre na swój sposób. Zaczynam.

Pure Morning – genialnie zaaranżowane, szorstki przekaz w połączeniu z agresywną grą gitar i elektroniką. Wokal odbija się w pewnym stopniu od perkusji. Przyjaciel z trawą jest lepszy.

Brick Shithouse – na dobrych głośnikach lub słuchawkach początki są bardzo przyjemne, w utworze dzieje się dużo. Muzycznie jest bogato, tekstowo – narzekanie, narzekanie, narzekanie, proszę się przyzwyczaić.

You Don’t Care About Us – najbardziej radiowa piosenka na WYIMN, takiego popowego Placebo już nigdzie nie znajdziecie. Molko, w jakimś stopniu, próbuje się rozprawić z pędzącym światem, szukaniem rozrywki w cierpieniu drugiej osoby, co najlepiej obrazuje teledysk.

Ask For Answers – podoba mi się tu niemal wszystko. Boski wokal, szczególnie w trakcie refrenu. Jego ostatnie wykonanie powala. Dużo emocji, chociaż trzeba wczuć się w całość.

Without You I’m Nothing – dla mnie jest to pierwszy punkt kulminacyjny Placebo. Tik-tak, tik-tak… Nietuzinkowa opowieść o związkach pomiędzy ludźmi. Instrumentalnie – zwłaszcza w wykonaniach live, czuje się jakbym siedział w piekle, a to chyba dobrze, bo diabeł pod postacią gitary Molko brzmi nieczysto 😉

Allergic – znakomicie narastająca fala dźwięku, dosyć nośny i szybki kawałek. Szkoda, że już tak nie tworzą. Najlepiej brzmi w Paryżu 2003 na oficjalnym wydaniu zespołu.

The Crawl – ja to widzę tak: wchodzisz do burdelu, seks, ulga, miłe słówka, RACHUNEK.

Every Me Every You – w pewnym sensie, streszczenie przelotnej znajomości. Piosenka ma zacięcie popowe, ale tekst bardzo brutalnie odnosi się do szybkiej, łatwej i przyjemnej miłości.

My Sweet Prince – drugi punkt kulminacyjny (mimo, że to nielogicznie). Rytm bicia serca, melodia, która sprawia wrażenie niedokończonej, głos Molko i tekst, który próbuje połączyć kobietę z heroiną. Mimo, że słowa kierowane są do faceta, widzę tam raczej żeńską płeć.

Summers Gone – bardzo przyjemny wczesno-jesienny klimacik, zawiera elementy wesołe i w sumie utwór mógłby się wyłamać z konwencji walenia, smutów, ale Stefan się odzywa i nikomu nie jest do śmiechu.

Scared Of Girls – dosyć rozbudowana kompozycja, dobrze się tego słucha i perkusista daje o sobie znać. Najciekawsza ostatnia minuta.

Burger Queen – wprowadza w bardzo fajny nastrój, mimo, że to utwór o pedale/pedałach. W sumie jako zakończenie spełnia swoją rolę.

Krążek dla wytrwałych. Może denerwować ta cała ‘pedalska’ otoczka, o której ciężko nie wspomnieć, gdy mówimy o zespole. Warto posłuchać, dzisiejsze Placebo mimo niewielkiej ewolucji, to już nie to samo. Zobaczymy, co pokażą na nowym materiale, ale Without You I’m Nothing już nie przebiją. Jak by to powiedział Krzysiek Kononowicz – „oni zrobili wszystko! Dla młodzieży i dla ludzi”

Marzec 15, 2009 at 9:40 pm 4 komentarze

Manic Street Preachers – Send Away The Tigers

manic-street-preachers-send-away-the-tigersO Manic Street Preachers wiem nie dużo. Wydali jakąś tam Holy Bible, która jest ponoć bardzo dobra. Być może. Próbowałem posłuchać i niezbyt wchodziła. Wezmę się za nią jeszcze na pewno. Póki co od dłuższego czasu(z przerwami) słucham kawałków z ich krążka „Send Away The Tigers”. Rzadko zaczynam poznawać zespoły od ich nowych płyt. Zaczynam raczej od początku, ale tym razem stało się inaczej. Generalnie nastawiłem się na muzykę podobną do Stereophonics, lecz cięższą. Nie myliłem się.

Zacznijmy od początku. Krążek rozpoczyna się utworem o tym samym tytule co płyta. Bardzo fajny, prosty kawałek(zwrotka-refren-zwrotka-refren-solo-refren). Dziwie się, że nie został wybrany na singla, ale to tylko świadczy o poziomie innych kawałków.
Początek drugiego kawałka przypomina mi trochę jedną z piosenek Green Day. Sam utwór to nic odkrywczego, ale jest dobrym połączeniem przed…
„Your Love Alone Is Not Enough” – ciekawie ułożony utwór. James Bradfield śpiewa w duecie z jakąś panną ze Szwecji. Wychodzi im to dosyć dobrze. Nie dziwie się, że to singiel.
Potem mamy kawałek prawie wymiatacz -„Indian Summer”. Gdyby nie brakowało w nim pazura to mógłby być najlepszym kawałkiem na płycie.
Nie wiem czy podczas słuchania „The Second Great Depression” można owej dostać, lecz ta piosenka do mnie nie przemawia. Zamiast napierdzielania(co występuje prawie w każdym utworze) można było złożyć spokojny refren. Po poprzednim spokojnym utworze, MSP chcieli chyba przypieprzyć, ale ten utwór jest średni – solówka jest dobra.
Początek szóstej piosenki na krążku mnie rozbawił. Przez chwilę myślałem, że to jakieś Iron Maiden. Fajne przejścia w utworze, ale poza tym to nic specjalnego.
W tym miejscu płyta ‘Send Away The Tigers” zaczyna umierać. Serce przestaje bić, mózg nie dostaje tlenu. Lekarze próbują ratować, lecz zdaje się, że pogrzeb jest bliski. Krążek dostaje jednak kopa w klatę od zespołu w postaci „Autumn Song” i zmartwychwstaje. Znakomity kawałek, świetna solówka, czego chcieć więcej?
I’m just a Patsy” wydobywa płytę z letargu, jednak nie jest na tyle mocny, aby tchnąć w nią to czym szczyci się ona na początku. Tu na szczęście pojawią się „Imperial Bodybags” taki dobry, solidny rockowy kawałek. „Winterlovers” to natomiast jeden z najsłabszym numerów zamykających album z jakimi się spotkałem.

Co można powiedzieć o tym albumie? Na pewno to, że jest to kawał dobrego grania. Może nie wszystkie piosenki są równe, ale hiciory nadrabiają zaległości. Niektóre kawałki na płycie są praktycznie na jedno kopytko. Najbardziej podoba mi się „Your Love Alone Is Not Enough”. To zdecydowanie najlepszy kawałek na płycie. Niedługo wezmę się za stare płyty zespołu. Póki co 6.5. W dalszym ciągu nie trafiłem na coś powyżej przeciętnej 😦

Ocena 6.5/10 !

Wrzesień 23, 2008 at 3:59 pm Dodaj komentarz

Across The Universe

across the universe„Czy jest ktokolwiek gotów
By wysłuchać mojej opowieści
Całej o dziewczynie, która została?
Ona jest typem dziewczyny,
Którą pragniesz tak bardzo, że jest ci przykro;
Ciągle nie załujesz ani jednego dnia.”

Across The Universe to film/musical o burzliwych latach 60’. Młody chłopak o imieniu Jude, który pochodzi z Liverpoolu wyjeżdża do Ameryki w poszukiwaniu ojca. Poznaje tam Max’a(studiującego na Princeton), a następnie jego siostrę Lucy, w której szybko się zakochuję. W niedługim czasie decyduje się z Max’em na wyjazd do Nowego Jorku. Wynajmują mieszkanie u Sadie, która marzy o karierze piosenkarki…

Musical głównie koncentruje się na miłości, przyjaźni i narkotykach(tego nie mogło zabraknąć) w czasach hippisowskich. Julie Taylor, która wyreżyserowała film – w miarę potrafi przenieść wszystkie uczucia – radość czy smutek na obraz. Jeśli film porusza demonstracje antywojenne to nie może zabraknąć agresywnych policjantów z pałkami. Bardzo duży plus właśnie za to.

Dzięki temu film nie wygląda sztucznie. Mimo braku genialnych aktorów, widowisko jest dobre. Niektórym może to wszystko zdawać się nużące. Trzeba po prostu lubić takie musicale. Akcji w filmie nie brakuje.

Nie uświadczymy tu wojny w Wietnamie al.’a Rambo, lecz jako przerywniki. Moim zdaniem jest to dobre, ponieważ bardziej możemy skupić się na emocjach(ukazanych na poziomie) bohaterów, których jest wielu. Mimo, że film trwa ponad 2 godziny nie starczyło by na to czasu. Narkotykowe wizje to majstersztyk. Wszystko jest takie kolorowe, przejaskrawione. Świat kręci się w kółko, a my mamy wrażenie, że kręcimy się razem z nim.

all you need is loveMyślę, że czas przejść do najważniejszego. Podkład muzyczny to piosenki legendarnych The Beatles. Jednak nie spotykamy się tu z oryginalnymi aranżacjami. Utwory wykonują przeróżne osoby(np. Joe Cocker). Na pewno wielu fanów czterech magików stwierdzi, że nie dorastają do pięt oryginałom. Nie będę ukrywać – nie wszystkie mi przypadły do gustu. Ale „I Am The Walrus” śpiewany przez Bono jest świetny.

Sam Bono w filmie gra w filmie hippisa 😀 Wychodzi mu to całkiem nieźle. Tytułowy „Across The Universe” ssie oryginałowi 😉 Największe wrażenie wywarł na mnie kawałek „While My Guitar Gently Weeps”. Joe Cocker wspaniale zaśpiewał „Come Together”.

No i utwór „I want you” plus sekwencja poboru żołnierza do wojska. Pozostaje pogratulować wyobraźni twórczyni – kolejny majstersztyk. Utarcie wszystkich czynności w wyidealizowany sposób jest perfekcyjne. Czapki z głów.
I w tym wszystkim jest tylko jedno ale – fabuła jest strasznie prosta i przewidywalna.
To zdecydowanie najsłabszy punkt filmu. O ile historia Jude’a podjara jakąś 11 latke – na mnie to nie działa.

Podsumowując polecam film wszystkim, którzy lubią bądź znają muzykę Beatlesów.
Bez tego musical nie byłby w połowie takim, jakim jest. Jeśli chcecie zrozumieć wszystkie psychodeliczne przesłania to radzę coś wypić przed bądź zajarać 😀

Ocena: 6,5/10 – fabuła dała ciała.

Maj 3, 2008 at 10:01 pm 1 komentarz

The Killers – Sawdust

SawdustKiedy jakiś rok temu, zetknąłem się z muzyką The Killers, było super :] A, że uwielbiam słuchać debiutów, „Hot Fuss” poszedł na pierwszy ogień. Płyta podobała mi się tak bardzo, że słuchałem jej kilka razy dziennie. Brandon Flowers i koledzy zafundowali moc jakiej dawno nie słyszałem. Potem przyszła pora na „Sam’s Town”. W pierwszym krążku „zabójców” utarło się, że czym dalej tym słabiej. Właśnie podchodząc do drugiej płyty liczyłem, że to się nie powtórzy. Tu wolniejsze kompozycje były wymieszane z szybkimi. Dało to kiepski efekt, w dodatku piosenki były nierówne. Przykład? Po świetnym „When You Were Young” Flowers funduje nam dno „Bling”. Po bardzo ładnym „Bones” dostajemy „My List”, to chyba jakiś żart – pomyślałem. Postanowiłem wstrzymać się z osądem całego dorobku. Najgorsze dopiero miało nadejść…

Sawdust – wydany w listopadzie, ubiegłego roku. „Jest kompilacją złożoną z b-side’ów, coverów, remixów i rzadkich utworów grupy.” – powiedziała wikipedia. Posłuchałem kilka razy. Ta płyta jest fatalna. Może to za mocne słowa, bo największym fanom przypadnie do gustu. Ale ja nie widzę w niej nic dobrego(może przyzwyczaiłem się do świetnych B-side’ów Oasis).
Grupa traktuje nas na początku dosyć dobrymi numerami – Tranquilize(mam zastrzeżenia) i Shadowplay(cover Joy Division). Następnie mamy „All The Pretty Faces” – jestem zmieszany. Coś tam niby jest mocniejszego, ale wokal mnie rozczarowuje. Flowers strasznie wyje. Kolejny numer jest podobny, nieco wolniejszy – znowu kiepski. Ja rozumiem, że to b-side’y są. Lecz jak się woła za to ponad 30 zł, to wypada nie odwalić fuszerki. „Sweet Talk” nie ma nic wspólnego ze słodkością. No może w pewnym momencie Brandon rzeczywiście śpiewa „słodko”.
„Under the gun” – ten kawałek udowadnia jedno. To co powstawało obok „Hot Fuss” było zajebiste. Może piosenka jest prosta, ale ma to czego, nie posiadają poprzednicy – słucha się jej przyjemnie. Nie jest długa i to wychodzi jej na zdrowie. „Where The White Boys Dance” funduje nam to co zwykle – zamuła i lekkie przypieprzenie przy refrenie. Zdecydowanie in minus. Kolejny utwór to chyba kopia poprzedniego z większą dawką perkusji. Przemilcze „Move Away”.
Dopiero przy „Ruby, Don’t Take Your Love To Town” nie chciało się zażądać zwrotu kasy – świetne country. Ale do jasnej – ciasnej, to znowu COVER. Widać gołym okiem, że bandowi lepiej wychodzą obce niż własne nagrania.
„Sam’s Town(Abbey Road Version)” – jeśli lubimy oryginał, to przypadnie nam do gustu. Mi przypadł. „Romeo and Juliet” – ten utwór nawet może być, choć do oryginału Dire Straits się nie umywa. Ostatni kawałek, remiks „Mr. Brightside”(jednej ze świetnych piosenek Killersów) to wstyd.

Reasumując: The Killers są na równi pochyłej, Flowers ma kryzys twórczy. A grupa chce chyba skorzystać na „marce” wśród młodzieży i zarobić trochę kasy.
To nie jest dobre, tak nie robią dobre zespoły. Problem leży w tym, co pokaże kolejna płyta studyjna – jeżeli wyjdzie.
Jednak śmiało mogę powiedzieć: szkoda. Killersi udowodnili, że wielkim zespołem nigdy nie zostaną. Zrozumiałbym gdyby to był ich piąty krążek. W pamięci pozostanie mi dosyć dobry występ na Glastonbury 2007 i bardzo dobra „Hot Fuss”.
Współczuję ludziom którzy nabrali się na estetyczną okładkę. Ich utwory tu, to kompletne trociny… Ocena będzie słaba, krążek ratuje kilka coverów. Boguś Linda mógłby powiedzieć do czwórki Killersów: „co wy kurwa wiecie o zabijaniu?”, tą płyta nie zabili – dali się zabić.

Ocena: 2/6

Marzec 2, 2008 at 6:21 pm 3 komentarze

Starsze wpisy


Brzozaw 8)

Człowiek lub istota człowieczo podobna pisząca na temat ciekawych krążków rockowych, A.C. Milan, Oasis i filmów.

Piszę o tym, o czym korwa chcę pisać.

Mój last.fm znajduje się tu:
http://www.lastfm.pl/user/brzozaw
GG: 9328484

Cheers!

Czego słucham w tej chwili?

Kalendarz

Czerwiec 2017
Pon W Śr C Pt S N
« List    
 1234
567891011
12131415161718
19202122232425
2627282930  

Co oznaczają cyferki ;)

10 - Klasyk
9 - Zajebiste
8 - Bardzo dobre
7 - Dobre, ale...
6 - Prawie dobre
5 - Przeciętne
4 - Słabe
3 - Żenujące
2 - Katastrofa!
1 - Twoja Stara

Kategorie

Najpopularniejsze wpisy

Takie tam ;)

  • 39,342 wejść