Posts tagged ‘recenzja’

Hatifnats – Before It Is Too Late

hatifnats

Amerykanie wylądowali na słońcu, Polska zorganizowała ME 2012, a Adam Małysz wrócił do formy z przed lat! Wkońcu. Ale ważniejszym wydarzeniem jest wydanie „Before It’s Too Late”, czyli debiutanckiego krążka zespołu Hatifnats.

Pamiętam jak Stelmach(?) zapowiadał na Offie, że płytka pojawi się we wrześniu. Po ich występie napaliłem się jeszcze bardziej 🙂 I warto było czekać. Po zapowiedziach, w których lider Michał Pydo, mówił, że będzie trochę inaczej aniżeli na koncertach i demach, zastanawiałem się co takiego może pójść pod nóż. Poszło trochę, ale o tym za chwilę.

Album rozpoczyna się instrumentalnym „Towards The Last Sunset”, który brzmi eksperymentalnie i przywodzi mi na myśl trochę orientu. Mniej wytrwali zasną już teraz, a reszta no cóż, zacznie wkręcać się w klimat…

Po trzech minutach, nadejdzie ten moment, który rozwala najbardziej, – jeśli nie znacie tracklisty, to pomyślicie – no dawać te „Waking In The Dark”, czy inne „Konie z Shelville”.

A tu nagle: World 2 i syf, kosmos rozjebunda 5! Te pierwsze dźwięki przywołują myśl jakby ktoś coś odnalazł, w ogóle cały numer mi się tak kojarzy jakby dokonano czegoś epokowego. Miazga. Pydo śpiewa nieco inaczej niż ‘zwykle’, ale nie martwcie się – barwa pozostała ta sama, styl poszczególnych fraz się zmienił.

Dobra nie podniecam się bo to dopiero początek. Koniki są świetne, ale bardziej chyba podobało mi się demo, akustyczna gitara zabrała nieco mocy i da się odczuć.

Czy się stoi, czy się leży, pierwsza zjebka się należy. „Iris” mnie nie przekonuje, niby fajna głębia całego utworu, ale chujowo ułożony, o ile końcówka obfituje w fajną energię, to reszta jest taka zwykła.

W bardzo fajną wycieczkę zabiera nas „Soil” . Jest to numer, który definitywnie powinien się podobać , linia wokalu jest bardzo dobrze dopasowana to melodii. Mocny punkt.

Podczas przesłuchiwania „Mathematix’a” miałem pewne obiekcje. Pamiętam demo z „Offensywy 2”. Nie byłem na początku przekonany. Lecz wyszło dobrze, a chwilę z „teach me to fly” zapisuję do tych momentów magicznych w muzyce.

Co jest smaczkiem podczas słuchania utworu, słyszymy fragment „WITD” grany akustycznie i brzmi on fenomenalnie. Dobra melodia obroni się sama. Prawowita wersja utworu wchodzi chwilę później… Słychać więcej instrumentów, ale najważniejsze, że piosenka nie straciła swojego czaru, choć trochę skrócono jej pazurki.

Hypoxia jest bardzo miła i ma to coś co lubię – jest grana strunowo, więc brzmi nieżle, a do tego wkręca się w głowę. Chociaż twierdze, że można było zrobić ją nieco lepiej.

Before It Is Too Late kończy, mocno, energicznie, choć są akustyczne wstawki, które jak widać spodobały się członkom Hatifnats.

Wydawało się, że po 3 latach na scenie bez płyty, wkońcu będzie za późno, żeby zespół coś wydał. Krążek powinien się podobać, ale należy wziąć pod uwagę, że nie każdego będzie fascynować wokal Michała, więc tu muzyka Hatifnatów straci u potencjalnego odbiorcy.

Zdążyli, zanim byłoby za późno.

Ocena: 7/10

Ps. Czemu wszyscy zaczęli kraść od siebie okładki?

Październik 5, 2009 at 9:04 pm 2 komentarze

Oasis – Be Here Now

oasis be here nowJak obiecałem, tak oczywiście zrobiłem. Mowa tu rzecz jasna, o napisaniu nt. Be Here Now. Myślę, że zanim zacznę to jeszcze kilka słów wstępu. Mianowicie trzecia studyjna płyta Oasis to najszybciej sprzedawany album w historii muzyki – w tydzień sprzedaż sięgnęła ok. 700 tys. Egzemplarzy. Co jest raczej w dzisiejszych czasach już nie do pobicia. Czemu tak się stało – wiadomo. Wielkie oczekiwania związane z zespołem, któremu strasznie spodobało się ćpanie. I taki jest ten krążek, przećpany.

„D’You Know What I Mean?” – zacznę odrazu od teledysku. Majestatyczne dzieło. Przylatuje helikopter i wysiada z niego pięciu kozaków. Wszyscy chwytają za instrumenty. Liam staje jakby wyruchał żony wszystkich prezydentów. I nic w tym dziwnego – oni wtedy musieli się tak czuć. Noel chwyta sobie za Flying Gibsona. Sam kawałek, no cóż poezja. Wah Wah :]

„My Big Mouth” – zagrali tą nutę bodajże, pierwszy raz w Knebworth w 1996 roku, gdzie było w pizdu ludzi ponad 250 tys w dwie noce. Bardzo żywiołowo się zaczyna. Na fajnym riffie się układa numer. Liam oczywiście mistrzowsko śpiewa. Chodliwa piosenka, drugi numer w którym kozaczą… 😉

„Magic Pie” – siedmiominutowe zmulenie klimatu przez Noela, był hardkor to trzeba trochę przyhamować. Słucha się fajnie przez 4-5 minut, potem jednak jest tego trochę za dużo.

„Stand by Me” – kocham to skurwysyństwo, tekst jest strasznie przećpany, bo praktycznie o niczym. Ale jak to się prowadzi, jaki wokal, jaki mostek piękny, wszystko. So what’s the matter with you? Sing me something new.

„I Hope, I Think, I Know” – bardzo melodyjnie, chwytliwe. Tylko Noelowi się nie chciało tekstu dużo pisać i Liam musiał śpiewać tą samą zwrotkę 2 razy, a zresztą żeby to był pierwszy raz… 😉 „Cos baby, after all, you never forget my name”, kojarzy mi się z „and after all… you’re my wonderwall” 😀

„The Girl in the Dirty Shirt” – bardzo lubię posłuchać, pośpiewać też no i jak upierdolę koszulkę to piorę w pervollu black magic. Ale tej dziewczynie wyprałbym w Dosi!

„Fade In-Out” – spokojny numer, chociaż bardzo fajne solówki są w nim zwłaszcza na koncertach z trasy. Czasem Noel grał to akustycznie i nie podoba mi się to w tej wersji. No i ciekawostka, podczas nagrywania numeru na jednej z gitar grał Johny Depp. Wystąpił też gościnnie na którymś z koncertów, ale nie pamiętam kiedy.

„Don’t Go Away” – znakomity wytwór wyobraźni starszego z Gallagherów. Brat spisał się równie zajebiście przy mikrofonie. Singiel miażdżący. Jeden z trzech najlepszych numerów na płycie.

„Be Here Now” – solóweczka niczego sobie, Liam jest hardkorem, jak otwiera to koncert w Manchesterze w 1997 roku, to można dostać biegunki z radości. No i „Oasis” udowadniają, że mogliby przez całe numery śpiewać: „Come On, Come On, Come On, Come On” itd. i wciąż byłoby to zajebiste.

„All Around the World” – piosenka została napisana jakieś 4 lata wcześniej, ale z niewiadomych przyczyn nie wylądowała na żadnym dotychczasowym albumie. Wkońcu ujrzała światło dzienne, Noel wyjebał kupę kasy na orkiestre, jest to bodajże najdroższy numer Oasis, ale za to jak brzmi… Teledysk w klimatach Beatlesowskich. No i „na na na na na na” przywodzące na myśl „Hey Jude”.

„It’s Gettin’ Better (Man!!)” – jakoś zawsze zapominam o tej piosence, chyba dlatego, że długo trwa poprzedni numer. Mogli to dać gdzieś w środku, bo tu autentycznie jest już po finale.

„All Around the World (Reprise)” – w pełni orkiestrowe wykonanie, który pokazuje, że ta piosenka zabrzmi nawet zajebiście bez gitar. Szkoda, że tylko dwie minuty… No i na koniec trzaśnięcie drzwiami.

I to trzaśnięcie było bardzo charakterystyczne dla trzasków w zespole w tamtych latach. Liam z Noelem obijali sobie mordy przy każdej okazji. Obaj ćpali jak wyjadacze. Był wielki rozpad Oasis, który jednak do skutki nie doszedł, a relacjonowały go wszystkie tv w Anglii <lol>

A co na temat płyty uważał ten, który skomponował na nią wszystkie utwory.?

„Płyta brzmi jak banda naćpanych kolesi, który się nie pierdolą w studiu. Nie ma tu basu. Nie wiem, co się z tym stało. Wszystkie piosenki są naprawdę długie, teksty są do dupy, a Liam niczego nie mówi w każdej milisekundzie. Riffy gitarowe są na poziomie tych z programu „Wayne’s World”

Noel Gallagher

Jak widać Noel bardzo krytycznie podszedł do swoich działań. Ja tam bardzo lubię posłuchać i wcale nie jestem jedyny. Liam uważa, że album jest świetny, a bratu coś odjebało.

Wrzesień 19, 2009 at 10:11 pm 1 komentarz

Oasis – The Masterplan

TheMasterplanOasisTrochę minęło od ostatniej notki, ale nie obawiajcie się to był tylko szok szkolny. Na szczęście dla nas wszystkich obyło się bez chorych psów.

Nie będę biadolił, od razu przechodzę do rzeczy. Tytuł nakazuje.

Tak w sumie to myślałem, żeby napisać o „Be Here Now”, ale pomyślałem, że warto zapoznać i zachęcić moich odbiorców do posłuchaniu b-sideów Oasis, które są nieziemsko zajebiste. Na trzeci krążek anglików przyjdzie jeszcze czas, a póki co „The Masterplan” czyli składak piosenek, nie mieszczących się na żadnym z albumów. I tutaj od razu mówię – to nie są jakieś byle jakie numery nagrywane po to, aby tylko coś do singla dorzucić. Zresztą przekonacie się…

Wiecie bo to z takiego moralnego obowiązku, że Oasis rozpada się po raz 999 😉 teraz jednak chyba na stałe. A jak się o nich w Polsce głośno zrobiło 😮 jak nigdy…

„Acquiesce” – świetny ostry kawałek, który był na singlu „Some Might Say”. Bracia uzupełniają się w nim idealnie. No i ten wers, który obrazuje ich obu w Oasis –
„Because we need each other”

“Underneath the sky” – lekko nie ma, a i wokal Liama w zajebistej formie, szkoda, że nie było tego gdzie wcisnąć…

„Talk Tonight” – geniusz Noela, miazga, wokalnie bardzo dobrze. Tej piosenki słucha się bardzo fajnie, a tekst traktuje o podróżach na koncerty, kiedy to nie ma się przy sobie rodziny.

„Going Nowhere” – tak naprawdę jeden kawałek na tej płycie, który mnie nie przekonuje. Mogliby tu dać „D’yer wanna be a spaceman?”. Może komuś się spodoba, ja czasem nawet lubię, ale tylko czasem.

„Fade Away” – zajebisty tekst, ja lubie takie opowieści o młodości. Dosyć prosto złożona piosenka, na koncertach bardzo dobrze to grali, no i ten tekst, o którym mówię po raz drugi.

„Swamp Song” – pełna wersja utworku, który był przerywnikiem na WTSMG. Instrumentalny, przesterowane gitary, fajnie się prowadzi zwłaszcza ta Noela. No i ten luz w jej wykonywaniu na Maine Road…

„I Am The Walrus(live)” – koncertowe wykonanie covera Beatlesów, który często kończył koncerty na trasie do drugiego krążka. Liam śpiewa perfekcyjnie, i niech jakiś kutas powie, że beczy jak zarzynana koza to zajebie!

„Listen Up” – to powinno być zamiast „Hey now!” na WTSMG. Jeden z najlepszych numerów braci Gallagher. Wszystko jest tu idealne. Nie rozumiem, czemu tego tam nie było. Tekst mi się tak spodobał, że sobie go jebnąłem na ściane.

„Rockin’ Chair” – tu nasuwa się tylko jedno pytanie – czy to najlepszy wokal Liama jaki kiedykolwiek wydobył z siebie. o co on wyprawia tutaj to się w głowie nie mieści.
Zawsze chętnie tego słucham no i można fajnie pośpiewać.

„Half the World Away” – bardzo ładny kawałek Noela, szczególnie na żywo magiczny. Cięzko coś napisać, trzeba uruchomić uszy.

„(It’s Good) To Be Free”– mmm młócka na początku wymarzona. Nie dość, że wbija w fotel w oryginale to i akustycznie brzmi nieprzeciętnie!
„Paint me a wish on a velvet sky
You demand the answers but I don’t know why in my mind
There is no time” kocham te wersy.

“Stay Young” – kolejny numer wymiatacz. Jakby tak poskładać te wszystkie piosenki to powstałby całkiem dobry album studyjny z całkiem dużą ilością hitów. Zostań młodym.
Zobaczcie wykonanie z G-MEX 1997.

„Headshrinker” – szkoda, że tak rzadko to wykonywali na koncertach, ale to dlatego, że Liam ustawił sobie wysoko poprzeczkę na wokalu i ciężko byłoby mu to potem śpiewać na każdym gigu. Chociaz na „Live by the sea” poradził sobie wyśmienicie.

„The Masterplan” – Noel do końca życia będzie żałował, że nie umieścił tej piosenki na żadnej poważnej płycie. Jedna z klasycznych piosenek Oasis, jedna z tych magicznych…
„Why we’re all part of the masterplan”

No i radujcie się wszyscy i w ogóle, a w przyszłym tygodniu czeka was wycieczka po “Be Here Now” chyba najbardziej przećpanym krążku.

I pomyśleć, że to dopiero początek świetnych bsideów Anglików…

Wrzesień 9, 2009 at 8:44 pm 1 komentarz

Spirit – Duch Miasta – recenzja

Spirit duch miastaSamuel L. Jackson to najlepszy murzyński aktor, żaden frajer nie może się z nim równać. Rolami w „Pulp Fiction” czy „Długi pocałunek na dobranoc” nabił sobie u mnie respekt.
Jakiś czas temu chwaliłem „Sin City” za nietuzinkowy klimat, świetny obraz i wykonanie, a także aktorów z najwyższej pólki.

Aktorzy w „Spirit-Duch Miasta” również są jednymi z lepszych – wspomniany Samuel L. Jackson, Scarlet Johannson i ta suka co jej nie lubie – Eva Mendes.
Fabuła komiksowa jak wiadomo, bo to wkońcu jego ekranizacja. Ludzie dają temu filmowi bardzo niepochlebne recenzje, jadą po nim jak po psie. A ja nierozumiem dlaczego?

No dobra tytułowy Spirit, tzn. chodzi mi o aktora, to jakaś słaba cipa, ale reszta jest już co najmniej dobra. Niektóre sceny przypominają Tarantinowskiego „Kill Billa”. Dzieło zrealizowane jest podobnie do Sin City, ale widać, że trochę ucięto koszta bo rendering nie jest już tak zajebisty. To da się jednak przeboleć. Bo ten film to tak naprawdę teatr jednego aktora, czy się zgadzacie Samek kopie tyłki wszystkim i szkoda, że to nie on został tytułowym Spiritem.

Dawno nie widziałem tak wyrazistej postaci, gdyby film był lepiej dorobiony i reszta aktorów byłaby w 3/4 tak świetna jak Samuel to mielibyśmy klasykę kina. To, co odwala ten człowiek – w głowie się nie mięści. Geniusz czarnego humoru. Szkoda, że nie jest go za dużo w filmie. Gdyby dali mu jeszcze jakieś 15 min. to nagrody murowane. Koleś w końcówce dopiero się rozkręcał. A co się działo przed końcówką…

Moment, kiedy przebiera się za SSmana z tym szkiełkiem nad okiem nawiązując bodajże do Goebbelsa i przemawia na ten ludzkiej egzystencji, kodu genetycznego. Jego powaga, skupienie i chwila, gdy myślimy – „kurde ale wariat!”, a nie zwracamy uwagi „patrz jak zajebisćie gra”. Postać wykreowana jest maksymalnie zajebiście. No i największa ironia tej sceny – murzyn ssman.

Nie podobał mi się główny bohater, niby pewny siebie, uwodzicielski, ale nie przekonywał w żadnym stopniu, a może przekonuje tylko kobiety?

Głupoty pieprzą wszyscy, co krytykują ten film. Jo Brzozaw powiadam – oglądać, nie pierdolić! Może nie ma tego klimatu co „Sin City”, ale to nie znaczy, że jest do dupy.

Ocena: 7/10

ps. pozdro dla Samka, Patka spytaj go czy się czasem na czarno nie przerobił na potrzeby filmu 😮

Lipiec 30, 2009 at 10:16 am 1 komentarz

[REC] – recenzja

Ostatnimi czasy złapałem sporo opcji na notki, więc spodziewajcie się kilku recenzji, filmów, książek, czy innych chorych psów. Dzisiaj film z gatunku horrorów, czyli takiego, które oglądam bardzo rzadko.

Ludzie, którym spodobał się ów „fenomen hiszpańskiego kina grozy”, zawsze mówili, że jedną z najlepszych zalet jest prowadzenie kamery z ręki, co ma dodawać realizmu historii. Taki zabieg wykorzystane w „Blair Witch”, o którym kiedyś pisałem i zjechałem go jak burą sukę. W tym filmie nawet dobrze to wychodzi.

Jednak jest wiele zastrzeżeń, propo scenariusza, który jest naciągnięty aż zanadto. Nie wiem, do czego pił autor tej historii, ale mnie to zupełnie nie wciągnęło, poza tym często się uśmiechałem, a najbardziej na końcowych scenach. Realizacja i gra aktorska pozostawiały trochę do życzenia. Lecz tutaj nie to powinno górować nad widzem, napięcie, strach – to powinniśmy odczuwać podczas seansu. I mogę się zgodzić, przyznać – film trzyma w napięciu, ale straszydło z niego żadne. Poza jedną sceną końcową, tak naprawdę można się śmiać z całej akcji.

Wyobrażacie sobie sytuacje, w której 80 letnia babka rozpierdala strażaka w kwiecie wieku? Niby ma jakiś tam przyrost siły, ale bez przesady. Może posłuchała porzekadła, że słynne już „tabletki metki to sposób dla twojej sylwetki”. W ogóle sceny ze starą kurwą w tym filmie są chyba najśmieszniejsze, szczególnie jak dostaje buta w klatę to mi się przypomina seria „Evil Dead”.

Nie wiem czym podjarał się Marian, kiedy to oglądał, ja się podjarałem ze śmiechu. No, ale można to wytłumaczyć faktem, że oglądałem z bratem, a z czego jak z czego, ale z horrorów to zazwyczaj robimy komedię 😀 A z takich, w których są stare babki to największą.

Drugą część już tworzą, będzie wyglądać jak coś pokroju Resident Evil, czyli wbiegają z karabinami i (SIC!) dostają wpierdol od zombie 😀 Będę zmuszony to obejrzeć.

Wracając do „[REC]” – w przypadku tego filmu, mi tu brakuje jakiegoś wyjaśnienia. Nagle wszystkich zamykają w budynku i nie wypuszczają, bo choroba może się przenieść. Z tego, co się okazuje, ludzie są tam skazani na śmierć. To nie lepiej ewakuować kilka kamienic, jebnąć dynamit i po sprawie? Jak te chore psy to przeżyją to wtedy zaczęliby się martwić. A tak przed drugą częścią, mają cały blok zombie i kupę roboty.

Ocena 5/10

Lipiec 28, 2009 at 9:17 pm 5 komentarzy

Anioły i Demony – recenzja

1994-2c841b587ab77e74b895deec61c00a54Anioły i Demony, czyli kolejna po „Kodzie Leonardo Da Vinci” przereklamowana filmowa produkcja.

Kiedy wyruszałem do kina, to miałem nadzieję, że dzięki rozpoczęciu filmu o 00:01 będę mieć możliwość wczucia się w klimat i obejrzenia czegoś naprawdę dobrego. Najpierw zapodali trailer Terminator: Salvation, który bardzo mi się podobał i nie wykluczam, że obejrzę to na dużym ekranie.

Przechodząc do „Aniołów i Demonów” to nasuwa mi się kilka cytatów z wczorajszej nocki.

„pójdziesz z tąd czy nie? Bo jak pirdolnę sikierą!”
„kurwa twoja mać! Gdzie te widły?”
„daj kamienia!”
„czekolaaaaaada”

Czyli podręczny zestaw z sali kinowej, który można wykorzystać podczas seansu.

Na pierwszy ogień fabuła: niezbyt porywająca, szczerze mówiąc to oczy mi się przymykały i to nie tylko dlatego, że było późno. Chociaż muszę przyznać, iż początek mi się spodobał – szczególnie sceny z wielkim akceleratorem. Wszystko było przyśpieszone i jeśli wierzyć Marianowi, to zmieniono sporo względem książki, więc tutaj też nienajlepiej to rozwiązano.
„kurwa twoja mać! Gdzie te widły?”, żeby zabić scenarzystę.

Najbardziej jednak denerwował mnie Tom Hanks – koszmar. Jego kreacja to straszne dno, o ile w ogóle coś wykreował. Strasznie bezpłciowy, zero charakteru, a jego mimika na bardzo kiepskim pułapie. Apogeum słabości osiąga w chwili, gdy przekonuje karabinierów w Watykanie. Jest to tak sztuczne, że aż żal się robi tego aktora, który miał trochę udanych ról.
Do filmów tego typu nie pasuje mi Tomasz i lepiej byłoby, gdyby dał sobie spokój z takimi występami.
Śmiało mogę powiedzieć do niego: „pójdziesz z tąd czy nie? Bo jak pirdolnę sikierą!”

W ogóle to film z tego co się orientuje miał być o iluminatach, a wyszła papka dla mas.
Niby coś tam wspominają, ale jak sam film sponsorują iluminaci, to wiadomo, za dużo o sobie powiedzieć nie mogą. „DAJ KAMIENIA!”

Bardzo fajna jest scena z antymaterią, tutaj śmiało mogę powiedzieć, że mnie zachwyciła.
Efekty specjalne na naprawdę wysokim poziomie. Syf totalny lub, jak kto woli: CZEKOLAAADDAAAA”

Kończąc chciałbym powiedzieć, że czuję niedosyt, bo spodziewałem się kina na poziomie. Skończyło się niedobrze, patowo, bez żadnych morałów i brakło dobrej muzyki.

Nie taki Demon straszny jak go malują.

Ocena: 5/10

Maj 15, 2009 at 7:16 pm 4 komentarze

Efekt Motyla 3

okładka jest ładna ;)Pamiętam czasy, kiedy Efekt Motyla był jednym z moich ulubionych filmów. Potem nieco się zmieniło, gdy obejrzałem dobre kino w większej ilości. Bardzo miło wspominam ten obraz. Zobaczyłem go trzykrotnie i przykuł moją uwagę za każdym razem. Świetne kino, no i piosenka Oasis na końcu :]

Na dwójce się zawiodłem, chociaż w sumie sceny z seksem mi się podobały. Były dosłownie kurewsko dobre. Niedawno przypadkiem się dowiedziałem, że powstała część trzecia. Podchodziłem tak jakoś ze spokojem, bo dobrego wrażenia z jedynki nie zepsuje mi żaden szmelc.

Twórcy trójki zdecydowali, że stworzą mocny thriller. Wyszło im to jednak fatalnie, tego nie dało się oglądać. Albo inaczej: dało się, lecz to zupełnie nie wzbudzało emocji. Każda sytuacja była zwykła, matowa. Jedynym plusem były sceny zabójstw, które budziły nieco niepokoju. W ogóle pomysł na fabułę jakoś mnie od początku nie przekonywał. Dobrze, że mam to już za sobą, ponieważ była to ewidentna padaka.

Może spoglądam przez pryzmat pierwowzoru, który zawiesił poprzeczkę bardzo wysoko, lecz tutaj nic ciekawego nie znajdziecie. Ratuj się kto może! Powinni tego zabronić!

Zakończenie to obraz całego filmu. Przewidywalność do bólu. Aktorów wzięto chyba z pierwszej serii Power Rangers, bo nie bardzo wychodziła im gra. W obraz ciężko się w ogóle wkręcić, ale tak to jest jak biorą się za coś nieodpowiedni ludzie, a następnie żerują na tytule.

Szkoda mojego i Waszego czasu, aby wspominać nt. tej katastrofy. Już lepiej spędzić te 90 min. w toalecie. Jaki film, taka notka. Mogłem o tym nie pisać, mogłem zrobić coś innego – posprzątać w pokoju, wyprać telewizor, czy umyć skrzynkę high voltage. Doceńcie, więc mój trud, który musiałem pokonać, by ostrzec was przed tym łachmaństwem. Obrady sejmu są ciekawsze.

W tygodniu napiszę coś pozytywniejszego.

Ocena: 0,0000/10

Maj 10, 2009 at 10:15 pm 1 komentarz

Starsze wpisy


Brzozaw 8)

Człowiek lub istota człowieczo podobna pisząca na temat ciekawych krążków rockowych, A.C. Milan, Oasis i filmów.

Piszę o tym, o czym korwa chcę pisać.

Mój last.fm znajduje się tu:
http://www.lastfm.pl/user/brzozaw
GG: 9328484

Cheers!

Czego słucham w tej chwili?

Kalendarz

Sierpień 2017
Pon W Śr C Pt S N
« List    
 123456
78910111213
14151617181920
21222324252627
28293031  

Co oznaczają cyferki ;)

10 - Klasyk
9 - Zajebiste
8 - Bardzo dobre
7 - Dobre, ale...
6 - Prawie dobre
5 - Przeciętne
4 - Słabe
3 - Żenujące
2 - Katastrofa!
1 - Twoja Stara

Kategorie

Najpopularniejsze wpisy

Takie tam ;)

  • 39,375 wejść