Posts tagged ‘Muzyka’

Eddie Vedder – Into the wild

 

Kiedyś pisałem o filmie „Into the wild”, wspominałem o muzyce stworzonej na jego potrzeby. Dzisiaj o płycie, którą darzę od dłuższego czasu sympatią i którą moim zdaniem warto posłuchać.

Teksty na płycie traktują o życiu w zgodzie ze sobą, naturą, czasem o walce jaką toczymy w obu przypadkach, choć jak wiadomo możliwości interpretacji jest wiele, aczkolwiek w lirycznej treści nie będę się za bardzo zagłębiać, ponieważ to nie one dyktują tutaj warunki.

Dominują utwory spokojne, choć nie brakuje energii choćby w „Hard Sun”, które wywołuje u mnie różne uczucia. Z jednej strony, numer jest diabelsko prosty, a z drugiej po prostu dobrze zawija się w małżowinę 😉 Piosenki nie są zbyt długie, jak to bywa w soundtrackach.

Kilka przygrywek, z których warto posłuchać „The Wolf” świetnie złożonego i posiadającego magię. Eddie Vedder niejako odcina się ze swoich zapędów do grunge’u z „Pearl Jam”. Gitara akustyczna pozostaje jego faworytem, chociaż „Setting Forth” zdradza słabość twórcy do dźwięków z pieca 😉 Mimo, że elektryk pobrzękuje w tle.

Wszystko jest ze sobą świetnie połączone, gdyby nie było przerw między pojedyńczymi kawałkami, to dobrze by to brzmiało. Jednak nie obawiajcie się – płyta nie jest robiona na jedno kopyto.

Miłośnikom akustycznych wojaży spodoba się solóweczka z „Society”. Jeśli szukać czegoś, co definitywnie wpada w ucho, budzi, nadaje się do tego, by rano sprawić, że poranek będzie piękny to nie można obejść się bez „Far Behind”. Wzorcowy numer. Znakomity wokal Veddera.

Na sam koniec zostawiłem sobie wisienki na torcie, czyli twory, bez których to wszystko nie byłoby takie samo.

Po pierwsze: „Rise” – magia, zapuścić to sobie podczas letniej podróży po lesie i od razu chce się żyć. Szkoda, że zbliża się zima.

Tutaj autor płyty znów się popisuje – „Long Nights”, jeśli ktoś ma jakieś wątpliwości to wejść na youtube, kupić, ściągnąć, grunt, żeby usłyszeć. Takie piosenki zawsze znajdą miejsce w moim serduchu.

Dobra, dobra, koniec ściemy. Czas na mistrza. GUARANTEED.  Miało nie być tekstów, ale oprócz fantastycznej warstwy muzycznej, która spodobałyby się największym wrogom Pearl Jam.  Ostatni numer zawiera znakomite lyricsy 😉 Łapcie kawałek.

Everyone I come across, in cages they bought

They think of me and my wandering, but I’m never what they thought

I’ve got my indignation, but I’m pure in all my thoughts

I’m alive…

Nigdy nie słyszałem jeszcze żadnej płyty „Pearl Jam”, więc nie mam za bardzo punktu odniesienia, no może poza „Even Flow”, który bardzo sobie cenię. Podoba mi się Vedder akustyczny, można powiedzieć, że klimat na płycie to jakieś pożegnalne nuty dla 60 latków. Nic bardziej mylnego. Po takiej dawce muzyki, chce się żyć na tysiąc różnych sposobów.

Ocena: 8/10

Ps. Jeszcze nie powiedziałem ostatniego słowa.

Listopad 3, 2009 at 11:08 pm Dodaj komentarz

Hatifnats – Before It Is Too Late

hatifnats

Amerykanie wylądowali na słońcu, Polska zorganizowała ME 2012, a Adam Małysz wrócił do formy z przed lat! Wkońcu. Ale ważniejszym wydarzeniem jest wydanie „Before It’s Too Late”, czyli debiutanckiego krążka zespołu Hatifnats.

Pamiętam jak Stelmach(?) zapowiadał na Offie, że płytka pojawi się we wrześniu. Po ich występie napaliłem się jeszcze bardziej 🙂 I warto było czekać. Po zapowiedziach, w których lider Michał Pydo, mówił, że będzie trochę inaczej aniżeli na koncertach i demach, zastanawiałem się co takiego może pójść pod nóż. Poszło trochę, ale o tym za chwilę.

Album rozpoczyna się instrumentalnym „Towards The Last Sunset”, który brzmi eksperymentalnie i przywodzi mi na myśl trochę orientu. Mniej wytrwali zasną już teraz, a reszta no cóż, zacznie wkręcać się w klimat…

Po trzech minutach, nadejdzie ten moment, który rozwala najbardziej, – jeśli nie znacie tracklisty, to pomyślicie – no dawać te „Waking In The Dark”, czy inne „Konie z Shelville”.

A tu nagle: World 2 i syf, kosmos rozjebunda 5! Te pierwsze dźwięki przywołują myśl jakby ktoś coś odnalazł, w ogóle cały numer mi się tak kojarzy jakby dokonano czegoś epokowego. Miazga. Pydo śpiewa nieco inaczej niż ‘zwykle’, ale nie martwcie się – barwa pozostała ta sama, styl poszczególnych fraz się zmienił.

Dobra nie podniecam się bo to dopiero początek. Koniki są świetne, ale bardziej chyba podobało mi się demo, akustyczna gitara zabrała nieco mocy i da się odczuć.

Czy się stoi, czy się leży, pierwsza zjebka się należy. „Iris” mnie nie przekonuje, niby fajna głębia całego utworu, ale chujowo ułożony, o ile końcówka obfituje w fajną energię, to reszta jest taka zwykła.

W bardzo fajną wycieczkę zabiera nas „Soil” . Jest to numer, który definitywnie powinien się podobać , linia wokalu jest bardzo dobrze dopasowana to melodii. Mocny punkt.

Podczas przesłuchiwania „Mathematix’a” miałem pewne obiekcje. Pamiętam demo z „Offensywy 2”. Nie byłem na początku przekonany. Lecz wyszło dobrze, a chwilę z „teach me to fly” zapisuję do tych momentów magicznych w muzyce.

Co jest smaczkiem podczas słuchania utworu, słyszymy fragment „WITD” grany akustycznie i brzmi on fenomenalnie. Dobra melodia obroni się sama. Prawowita wersja utworu wchodzi chwilę później… Słychać więcej instrumentów, ale najważniejsze, że piosenka nie straciła swojego czaru, choć trochę skrócono jej pazurki.

Hypoxia jest bardzo miła i ma to coś co lubię – jest grana strunowo, więc brzmi nieżle, a do tego wkręca się w głowę. Chociaż twierdze, że można było zrobić ją nieco lepiej.

Before It Is Too Late kończy, mocno, energicznie, choć są akustyczne wstawki, które jak widać spodobały się członkom Hatifnats.

Wydawało się, że po 3 latach na scenie bez płyty, wkońcu będzie za późno, żeby zespół coś wydał. Krążek powinien się podobać, ale należy wziąć pod uwagę, że nie każdego będzie fascynować wokal Michała, więc tu muzyka Hatifnatów straci u potencjalnego odbiorcy.

Zdążyli, zanim byłoby za późno.

Ocena: 7/10

Ps. Czemu wszyscy zaczęli kraść od siebie okładki?

Październik 5, 2009 at 9:04 pm 2 komentarze

Łzy – Kamieniec Wrocławski, 07-12-2009

Dzień dobry. Zapewne tytuł notki zaskoczył was bardziej niż cały ten blog. Nie jesteście sami, mnie też. Jak doszło do tego, że się tam znalazłem. Stało się to tak…

Za górami, za lasami, w pewnej mieścinie, kiedy wracałem z miłej weekendowej przejażdżki. W drodze przypomniało się pewnej osobie, że to dziś grają Łzy w krainie Kamieńca. A, że owa osoba lubi takie koncerty, to zdecydowałem się jej towarzyszyć, od razu wiedziałem, że to będzie dobry materiał na notkę. Nie będę ukrywać, że ten zespół jest przeze mnie nie lubiany, bo gra drętwo, monotonnie i do dupy. Doszło do tego, iż zabraliśmy się w 6 osób, ledwo mieszcząc się w samochodzie. Po dotarciu na miejsce, zobaczyłem troche dresów, imprezowiczów i gorące 14-tki, które były najebane po jednym piwie na 5 osób.

Wpieprzyłem się dosyć blisko sceny i finito. Atmosfera była bardzo cieńka, mimo prób wokalistki zespołu i małych przebłysków widowni, znów na jaw wyszło, że Polacy nie potrafią się bawić przy muzyce gitarowej. Wszyscy stoją i patrzą się jak na jakieś zjawisko, coś co w ogóle przyleciało do nich z kosmosu, ma zielone głowy i w ogóle operuje innym językiem. Ja sobie stanąłem, próbowałem tego słuchać, ale jakoś te piosenki w ogóle nie trafiały w moje gusta. Chociaż miałem moment kiedy mi się podobał ten koncert! Pod koniec jakiegoś tam utworu, zagrali intro utworu „Enter Sandman” – Metallici. Trwało to jakieś 30 sekund, ale mi wystarczyło, aby zacząć skakać i siać rozpierdol, no i co? Jak zwykle ludzie zaczęli mieć pretensje…Ja nie rozumiem, nie pojmuje, nie potrafię rozkminić, co ja im robie, że kurwa robią się jacyś negatywni. Po to jest koncert, żeby sobie poszaleć, stać to można na nielicznych, akustycznych, bądź na takich przy, których się ‘doznaje’. Pod sceną się nie stoi tylko imprezuje. Narobiłem sporo zdjęć, kiepskiej jakości, ale lepszy rydz niż nic. Niektóre wyszły nawet w miarę…
łzy 2łzy 1DSC02495

łzy 4

Koncert skończył się koło 23, nie wiem czy przed nimi był jakiś support bo przyjechałem tam dosyć późno. Najlepsza akcja była jak wracaliśmy. Wjechaliśmy w jakieś bagno za sceną samochodem i za nic nie dało się wyjechać, a to był teren zalewowyl, z którego ostatnio wypompowywali wodę. No, ale miało być na skróty – rzecz jasna fotoreportaż wyszedł genialnie…

bagno!Na ratunek pośpieszył nam Ursus, który udowodnił, że nie lada z niego bryka!

ursus forever Jedynym w pełni usatysfakcjonowanym osobnikiem pozostał…ślimak, którego o włos nie przejechaliśmy.

life is life!! na na nanana!Do widzenia 🙂

Lipiec 13, 2009 at 5:12 pm 2 komentarze

RIP – Monumentalny pochówek dekady

SzacunStokrotka gdzieś w tle, jeden z klasyków wśród starszej publiczności, a szczególnie żuli z parku. Ostatnio te chore wybory, na które idzie większość ludzi. To zabawne, kiedy im się przyglądam – oni naprawdę myślą, że coś zmienią. Niby lepiej zagłosować niż być biernym, ale po co w ogóle wybierać kogoś kto będzie podejmował za nas decyzje ważne odnośnie naszej przyszłości, skoro sami powinniśmy o niej decydować. W pewnym sensie wybierzemy sobie kolejną kukle, którą w razie niesprzyjających nam decyzji będziemy mogli zlinczować.

Na tą notkę zbierało mi się od dłuższego czasu. Może i nawet od roku, ale dopiero teraz cała sytuacja się zazębia.

Dla kibiców Milanu, odejście na zasłużoną emeryturę Paolo Maldiniego to schyłek pewnej epoki. Ja fanem Rossonerich jestem od 7 lat i jego odejście nie było zbyt wesołym momentem w czasie kibicowania. Choć zdecydowanie jeden z gorszych, bo kilka dni temu rozbrat z A.C Milan ogłosił Ricardo Kaka, który przeniósł się do(jak ja ich nie lubię) Realu Madryt.

Przed finałem Ligi Mistrzów w Stambule w 2005 roku, kupiłem szampana, aby oblewać zwycięstwo Rossonerich – jeśli rzecz jasna by wygrali. Do przerwy był wynik 3:0 dla Milanu, więc byłem już pewny zwycięstwa, jak nigdy niczego. Pamiętam sms-y do znajomych typu: „szampan już się sam otwiera”. Wszystko miało być świetnie, potem w 6 min. rozsypał się kolos na glinianych nogach i marzenia o triumfie trzeba było odłożyć na dwa lata.

Wcześniej była jeszcze wpadka w meczu z Deportivo, która też dała mi po kości, a to jeszcze w czasach podstawówki, gdy śmiałem się, że Real odpadł z Monaco. Wieczorem El Depor zagrało jeden z najlepszych meczów w historii i zgniotło mój ukochany klub 4:0. Mimo tego, że w pierwszym spotkaniu A.C. Milan wygrał 4:1.

Kończą się beztroskie wakacje, podczas których kurs: Dom-rzeka obierałem kilka razy dziennie. Dobrze, że mam blisko. W ogóle był klimat, pierwsze skoki z mostu, namawianie ludzi, aby się przełamali. Woda w kolorze czekolady, syf, praktycznie szambo. Ale kogo to tam wtedy obchodziło? I wszyscy byli zdrowi.

Mecze na małym boisku przed szkołą, gdzie teraz stoi hala gimnastyczna. Wielkie rozgrywki, piękne kosy i mój bramkarski fach, który sprawiał, że mimo młodego wieku byłem wybierany do drużyny jako jeden z pierwszych(a co, trzeba sobie dosłodzić). No i śmieszne akcje, gdy brat zrobił wsad na koszu i urwała się obręcz 😀 Skoki narciarskie na biegówkach.

Wyjazd do Włoch, który zapamiętam do końca życia, choćby dla tekstów pompy: „butelka się nie rozbiła, bo była zakręcona”, lub jednego geniusza z Zagłębia Lubin – „stolica Rzymu to Ateny przecież”. Genialne widoki w San Marino, no i mistrzostwa świata 2006. Emocje związane z oglądaniem meczów rep. Włoch w ich kraju to kosmos. Szczególnie finał, kiedy stara babcia wyrwała krzesłem od jakiegoś Italiańca bo zasłoniła telebim na 5 sekund. Skakanie, feta na mieście, wszystko. Wracając do Pompy ten to miał talent – dogadywał się z chińczykiem po polsku, gdy mu daliśmy instrukcje: „mów głośno i wyraźnie to zrozumie”.
Albo mecz z jakimiś plażowiczami z Italii. To dopiero były jaja, teksty Pompy niszczyły. Jakiś Włoch zdobył bramkę, no to ten krzyczy „Del Pierroooo, Del Pieroooo”. Plażowicze odkrzykują coś w stylu: „ forza Del Pierooo” a Pompa do nich: „Del Pierooo, Del Pierooo, tak ten stary chuj”, a oni dalej w ekstazie… Mimo piasku, który parzył w stopy, leżeliśmy z kumplem ze śmiechu, a tamci nie wiedzieli o co chodzi.

Niestety nie zamieszczę tu nawet 1/100 tego co się ciekawego przez ten czas zdarzyło. Bo by mnie oskarżyli na wordpressie za to, że im się mój blog na dysku nie mieści.

Lecz miło powspominać tamte czasy. Teraz już tego nie ma i przypuszczam, że już nie będzie. W dobie komputerów i telefonów ludziom włącza się mania dzwonienia, sms-owania itp.
Jak słyszę teksty typu „hihihi no wiesz, ja to bym nie przeżyła dnia bez swojej komórki” to mam normalnie „zwis prącia”.
Nie wspominając już o skuteromanii o_O mam nadzieję, że niedługo benzyna pójdzie w górę i się przesiądą na rowery.

Jak to bywa w wakacje – czasu na pisanie będę mieć mało, lecz postaram się o te 3-4 notki w miesiącu, chyba, że mnie jakaś większa wena najdzie. Jak dobrze się uda to nakręcimy z Samkiem film, scenariusz już jest, aktorów mamy kilku, więc będzie dobrze.

Pozdrawiam wszystkich czytelników i życzę miłych wakacji i skaczcie do brodzików na główkę 😉 Na koniec piękny utwór…

Czerwiec 11, 2009 at 10:47 am 2 komentarze

Disasteradio

tetrisDzisiaj przedstawię Wam śmiesznego ziomka, z dosyć zabawną muzyką. Mocno kiczowatą, co prawda, ale bardzo łatwo wchodzącą w ucho. Na Disasteradio trafiłem jakieś trzy miechy temu na last.fm i tak sobie puszczam co jakiś czas na ich stronce wytwory dźwięko-podobne. W sumie to pewnie nawet bym nie zwrócił uwagi, ale staram się przesłuchać, chociaż po kilka kawałków zespołów, które się na Offie pojawią. Jakiś prowizoryczny rozkład koncertów będzie trzeba ułożyć. Póki co pewne CKOD, El Perro Del Mar, Olafur, The Nationals, Ballady i Romanse.

Wracając do Disasteradio;

Stuprocentowe rycie bani, bity są mistrzowskie. Dźwięki z różnych urządzeń elektronicznych, podejrzewam, że i z mikrofalówki coś jest. Mnie się to podoba.

Posłuchajcie sobie takiego „Awesome Feelings” Ten motyw, który ciągnie się od początku kawałka to pewnie z jakiejś gry na Pegazusa! Pamiętacie na pewno takich ziomków, co śpiewali Blue (Da Ba Dee), tutaj panują podobne klimaty, ale wszystko na większym luzie.

Za całością siedzi niejaki Luke Orwell z Nowej Zelandii. Oczywiście muzyka tworzona jest na komputerze. Koleś robi to coś od 1999 r. i dobrze mu to wychodzi. To tak gwoli ścisłości.

Ale co ja wam tu dupe truć będę – usłyszczie to – Digital Pop.

Dobrych kawałków jest sporo, ale jak to w moim przypadku bywa, takie krótkie fascynacje szybko się kończą. Bo to nie jest muzyka, przy której udzielają mi się jakieś emocje poza śmiechem. Lecz może właśnie o to w tym wszystkim chodzi?

Ja to bym chciał, żeby ten koleś zrobił taki bit jak T.Love do „Polish Boyfriend”. Muzykę Nowozelandczyka traktowałbym raczej jako dodatek do śniadania. No chyba, że kogoś takie zabawy z elektroniką rajcują.

I bym zapomniał o najlepszym. WOKAL. Koleś ma barwę głosu jak Arni w „Terminatorze” „Hasta la vista, baby” malkontentom, którym będzie przeszkadzać zrobociały głos.

Na dole macie dużo utworów do pobrania: http://www.lastfm.pl/music/Disasteradio

A niech ma, zasłużył 😉

Ocena: 5/10

Maj 23, 2009 at 11:12 am 1 komentarz

The Stone Roses – The Stone Roses

stone_rosesObiecałem, iż będzie pozytywnie w tym tygodniu, więc oczywiście dotrzymam obietnicy, ponieważ mam materiał, który mi na to pozwoli. The Stone Roses – zespół szerzej nieznany, muza wyśmienita. Członkowie zespołu to geniusze – za basem fantastyczny Mani(obecnie gra w Primal Scream), Ian Brown – charyzmatyczny wokalista, który nie owija w bawełnę i John Squire ze swoimi gitarowymi czarami. Nie sposób zapomnieć o Renim, perkusiście z najwyższej półki, co zresztą da się usłyszeć w muzyce zespołu.

Band wydał dwa krążki, Drugi niezbyt cieszył się zainteresowaniem, zresztą ja dużo wam o nim nie powiem, bo po prostu nie miałem okazji z nim obcować. Płyta, po której zaczęło się to całe britpopowe szaleństwo.

„I Wanna Be Adored” – klasyk lat 90’, Mani na początku daje nieźle popalić. W tym utworze to właśnie jego partia jest dla mnie najważniejsza. Wokal Iana doprowadza do spazmów, no i świetnie prowadzi się gitara Squire’a.

„She Bangs The Drums” – znów basik rządzi, cała piosenka perfekcyjna. No i za te wersy mają u mnie wszystko:

„Kiss me where the sun don’t shine
The past was yours
But the future’s mine
You’re all out of time”

Kiedyś to sobie napiszę na koszulce.

„Elephant Stone” – tutaj pieczę nad kawałkiem sprawuje John, wycie słonia na początku miażdży.

„Waterfall” – riff za który powinniśmy płacić podatki. Tak jak pierwszy kawałek, jest to typowy klasyk, chociaż nie ma tutaj chwytliwego refrenu. A może She’s a Wonderwall ?
Zajebista solówka na końcu.

„Don’t Stop” – dowód na to, że chłopaki byli niezależni. Bardzo nietypowy kawałek, dużo zabawy dźwiękami, miło się tego słucha. Nazwałbym to eksperymentem.

„Bye Bye Bad Man” – znowu istotna rolu gitary basowej, perkusja w użyciu. Polewkowa piosenka, bawi mnie zawsze tekst w refrenie: „bye bye Bad man, bye bye” od razu mi przypomina jakieś bajki typu Smerfy, w których taki pracuś mógłby tak powiedzieć do Gargamela 😉

„Elizabeth My Dear” – jak można domyśleć się po tekście, piosenka nt. królowej Elżbiety. Fajnie, skromnie, kameralnie. Takie numery są potrzebne na płytach.

„Song For My Sugar Spun Sister” – pozycja obowiązkowa. Kiedy słyszę początek to mi ryje banie. Się Brownowi zebrało na poetę. Myślę, że zwrotki, które śpiewa w tej piosence to dobry przykład na to, że nie trzeba krzyczeć do mikrofonu, aby nagrać coś udanego.

„Made Of Stone” – pierwszy singiel z tego albumu. Kocham ten utwór, a szczególnie partie wokalne, które z radością czasem naśladuję 😉 no i solówkaaaaaa !!!!!

„Shoot You Down” – na miejscu ziomków skopałbym dupę Maniemu, chłopak wyraźnie dominuje na swoim sprzęcie. Taki utworek w sumie, aby odpocząć, bo potem to co się dzieje…

„This Is The One” – pierwsza minuta jest niesamowita, potem od 2:00 do końca trwa katharsis i inne tego typu doznania. Ludzie! Rozpływam się…

„I Am The Resurrection” – ja tu się nie będę wysilać. Piosenka trwa jakieś 3 minuty, a pozostałe pięć to popis gitarowy Johna Squire. Łapcie, zagrajcie sobie 11 sekund z tej solówki. Jeszcze tylko jakieś 4 minuty i będziecie w niebie.

solo2
„Fools Gold” – teraz z kolei przykozaczyć musi Mani. No i robi jeden z pierwszych kawałków, przy którym można spokojnie potańczyć. Człowiek sam się buja w tym klimacie. Nie mam pytań. 10 minut szaleństw na gitarce basowej. WHOAAA!!

No i udało się dokaturlać do końca. Przy tej płycie jest to trudne. Piosenki zazwyczaj są bardzo długie i perfekcyjne. Brakuje mi takiej muzyki… szkoda, że skończyli wspólnie grać. Chociaż podobne klimaty widzę w niektórych utworach „The Pains of Being Pure at Heart”

Przesłuchajcie koniecznie, ale proszę mi tu potem nie ryczeć, że nikt takiej drugiej płyty nie nagra.

Maj 12, 2009 at 8:31 pm 1 komentarz

(What’s the Story) Morning Glory?

To ja ten ziomek z przeciwka ;)Dobry wieczór. Tematu płyt, które w jakiś sposób wpłynęły na moje życie – ciąg dalszy.
Znów Oasis, ale nie martwcie się, musze nieco ich tutaj wypromować. Jak nie ja to, kto?

(What’s the Story) Morning Glory? to drugi album manchesterskich zawadiaków. Pozycja obowiązkowa dla każdego fana muzyki gitarowej. Gadajcie sobie co chcecie, ale gdyby nie ten krążek to dzisiaj by nie było Franz Ferdinandów, Kasabianów, Arctic Monkeys i reszty zespołów tego typu.

„Hello” – zaczyna się dziwnie, zagrywka z Wonderwalla, jednak po chwili syf totalny, hałas i wchodzi gitarka. Zwrotki to totalny popis Liama. Mój ulubiony opener.

„Roll With It” – typowy koncertowy numer, w domu ciężko się tym zakręcić, ale na gigach zajebiście dawał radę. Jak posłuchacie tych wszystkich ludzi na Maine Road to zrozumiecie o co kaman.

„Wonderwall” – perfekcja, hymn pokolenia, teledysk miód. Takie kawałki już nie powstają.

„Don’t Look Back in Anger” – miałem niezłą rozkminę, gdy tego słuchałem pierwszy raz. Jedyny utwór śpiewany przez Noela na tym albumie. Jedyny, który może konkurować z piosenkami, w których wokalu udzielał Liam.

„Hey Now” – zapowiada się obiecująco, ale jest nieco za długi i po dłuższym czasie może znużyć odbiorcę. Trochę zabrakło pomysłu na ten kawałek.

„(Swamp Song Excerpt #1)” – ponad 40 sekundowa rock n’ rollowa wstawka(intro podczas koncertów), która odpowiada za lekkie przygotowanie do

„Some Might Say” – kolejne mistrzostwo, początek przywołuje mi gdzieś na myśl dokonania chłopaków z The Stone Roses. „Some might say they don’t believe in heaven
Go and tell it to the man who lives in hell” kozak wersy.

„Cast No Shadow” – akustyczny kawałek stworzony dla Ryśka Aschcrofta z The Verve. Fajnie brzmi na żywo. Na krążku Liam w najwyższej formie.

„She’s Electric” – coś na wzór Diggsy’s Dinner z „Definitely Maybe”. Bardziej melodyjny, ale w podobnym tonie.

„Morning Glory” – początek jest jak pisk, te lecące helikoptery. Jak to Marian powiedział podczas tahaczki w rytmach Oazy: „co to za korwa psy lecą” odwołując się do śmigłowców. Teledysk jest zabawny, aktorstwo w nim tak mierne, że aż śmieszne :]

„(Swamp Song Excerpt #2)” – druga i w rezultacie ostatnia wstawka. Gdzie strumyk płynie z wolna rozsiewa zioła maj…

„Champagne Supernova” – się rozpoczęła, a podczas niej był raj. W tym raju tak wesoło, że aż przeraża mnie, ta nuta mnie rozkurwia, a ptaki jeszcze nie… ta nuta mnie rozkurwia, a ptaki jeszcze nie, o nie, o nie…

Oasis byli wtedy na szczycie, nie zawiedli. Krążek spełnia moje wszystkie oczekiwania, no i chyba spełnił też oczekiwania słuchaczy, gdyż kupiła go masa ludzi. Koncerty grane podczas trasy promującej tej płytę to najczystszy i najznakomitszy rock n’ roll bez żadnych nadmuchanych lal i opalonych ciotmenów z solarium. Fajnie, że chłopaki niczym nie różniące się od dresów potrafili nagrać coś takiego.

Kwiecień 27, 2009 at 8:34 pm 1 komentarz

Starsze wpisy


Brzozaw 8)

Człowiek lub istota człowieczo podobna pisząca na temat ciekawych krążków rockowych, A.C. Milan, Oasis i filmów.

Piszę o tym, o czym korwa chcę pisać.

Mój last.fm znajduje się tu:
http://www.lastfm.pl/user/brzozaw
GG: 9328484

Cheers!

Czego słucham w tej chwili?

Kalendarz

Czerwiec 2017
Pon W Śr C Pt S N
« List    
 1234
567891011
12131415161718
19202122232425
2627282930  

Co oznaczają cyferki ;)

10 - Klasyk
9 - Zajebiste
8 - Bardzo dobre
7 - Dobre, ale...
6 - Prawie dobre
5 - Przeciętne
4 - Słabe
3 - Żenujące
2 - Katastrofa!
1 - Twoja Stara

Kategorie

Najpopularniejsze wpisy

Takie tam ;)

  • 39,342 wejść