Posts tagged ‘komedia’

Jaja w tropikach – recenzja

tropic thunderJak widzicie, ostatnimi czasy często pojawiają się recenzję filmów. To dlatego, że w jesienno-zimowe wieczory mam więcej czasu, aby obejrzeć jakieś ciekawe obrazy.
Nie każdy film jednak można nazwać ciekawym, ba! Niektóre to nawet ewidentna strata czasu. I tutaj ostrzegam, że recenzja będzie maksymalnie subiektywna.

„Jaja w Tropikach” – kolejny film pana Bena Stillera, który potrafił stworzyć niezapomnianą kreację w „Poznaj mojego tatę” i „Poznaj moich rodziców”. Dobry z niego aktor komediowy, trzeba to przyznać. Jednak jego kreatywność względem tworzenia pozostawia wiele do życzenia. Dzieło komika z USA miało świetną promocję w Polsce. Masa reklam w telewizji, reklama na filmwebie, a także pełno bannerów na stronach www.

Rzeczywistość okazuje się odmienna. Film miał naśmiewać z dzieł o tematyce wojennej – „Szeregowiec Ryan” itp. Od początku łatwo dostrzec, że Stiller śmieje się sam do siebie i tylko sam wie z czego. Dialogi są nudne jak psia dupa. Scenariusz strasznie prostacki. Rozumiem, że w parodiach nie trzeba się wiele wysilać, lecz panowie, którzy nakręcili „Hot Shots” czy „Mafia” pokazują, że ten typ filmu wcale nie musi być żenujący.

Szkoda tylko, że masa ludzi w Ameryce idzie do kina i na siłę śmieje się z tych żartów. Nie wiem w jaki humor trafiają te dowcipy. Do mnie on zupełnie nie przemawia, a gdyby ktoś zasponsorował mi wyjazd do kina to w środku seansu wstałbym, powiedział: „PIERDOLĘ TEN SZAJS” i wyszedł. A propos słowa „wyszedł”. Z tego filmu tylko Tom Cruise i Jack Black wyszli z twarzą. Pierwszy świetnie odegrał krótką rolę pewnego szefa, a drugi był jedyną postacią, której żarty sprawiły, że na mej twarzy zagościł uśmiech.

Powiem może kolokwialnie i lakonicznie: obraz Bena Stillera to wielka kupa gówna, w którą wdepnąć mogą nieodpowiedni ludzie, a potem zrazić się do owego aktora. Wcale mnie to nie zdziwi bo wspomniany twórca powinien się wziąć za to co potrafi najlepiej – granie w filmach, a nie tworzenie szamba, w którym topi sobie widzów.
Jeśli chcecie obejrzeć dobry film ze Stillerem to polecam: „Keeping the faith”

Ocena 1,5/10

Ps. Scena z pandą była zabawna.

Grudzień 15, 2008 at 5:35 pm 1 komentarz

„Sex Is Zero II”

1 listopada – można by pomyśleć, że panuje grobowa atmosfera 😉 Na szczęście mijam to z daleka. Dziś za pomocą drugiej części Koreańskiego filmu „Sex is Zero”.
Skośnoocy mają pojęcie o tworzeniu śmiesznych obrazów. Może czasem przeginają z jakąś akcją, lecz generalnie jest znakomicie.

Ich pierwsze dzieło z 2002 roku – „Sex is Zero” było mocne w chuj. Nie wszystkim jednak się to podobało. Taki koreański „American Pie”, w którym się tylko pieprzą. To jednak stereotypy – seksu rzeczywiście jest więcej, ale zwiększa to ilość gagów, które mogą się pojawić. Nie wszystkie żarty dotyczą tylko tego zjawiska. Cały film generalnie jest bardzo śmieszny. W końcu właśnie do tego powstał. Typ humoru jaki panuje w dziele nie jest na pewno uniwersalny. Nie każdy lubi dowcipy mocno powiązane z seksem. Mnie wszystkie wydarzenia również nie śmieszyły. Zmieszanie wywołuje scena, gdy w „akademiku” zabrakło jajek do smażenia i panowie z jednego pokoju zastąpili je nasieniem, bo w końcu „skład obu jest podobny, a musimy spożywać dużo białka”. To istne przegięcie, pozostawiające niesmak. Sytuacja jest jednak tak śmieszna(przy okazji genialnie wyreżyserowana), że niejeden by się popłakał.

W sequelu możemy spodziewać się podobnych chamskich żartów. Chociaż twórcy postawili wszystko na komedię. W pierwszej części wystąpił dobry motyw, który sprawił, że film można było podciągnąć również pod dramat. Tutaj też momentami jest smutno, lecz nie aż tak. Wulgaryzmy sypią się lepiej niż Cornflakesy z opakowania. Trochę ich potem za dużo, bo robią się męczące. Znowu mamy do czynienia z pechowym Eun-sikiem. Wszystko dzieje się 3 lata później po sytuacji z pierwszej części. Eun-sik ma nową dziewczynę, która jest świetną pływaczką. Jednak wszyscy mają z nich polewę, bo chodzą ze sobą 3 lata i jeszcze ani razu nie spali. O ile Kyeong-ah to nie przeszkadza, to jej facet jest już nieco zirytowany.
Tyle o fabule, ponieważ nie jest ona najważniejsza. Jeśli chodzi o gagi, to jest kilka oryginalnych, lecz dzieło w dużej mierze czerpie ze swojego poprzednika. Jeśli oglądaliśmy poprzednie przygody bohaterów to tutaj zauważymy dużo podobieństw. Trochę mnie to irytowało, kiedy widziałem sytuacje zgoła podobne do tych z pierwszej części, vide sytuacja w barze. Wracając do plusów – Koreanki to bardzo ładne kobiety i jest na co popatrzeć 🙂

Dobry film. Dobra kontynuacja wyzbyta cukierkowego gówna rodem z USA. Niektórych mogą denerwować chamskie żarty, ale taki jest ten film – nie dla każdego.

Ocena: 6.5/10

Listopad 1, 2008 at 12:40 pm 2 komentarze

Hancock

hancock posterJak pisałem niedawno: nie przepadam, nie cierpię, nie toleruje bezmyślnych superprodukcji.
Mimo to nie omieszkałem obejrzeć filmu, którego nazwa zawiera się w tytule notki. Zdecydowałem się głównie z dwóch powodów. Po pierwsze primo: chciałem zobaczyć czy Will Smith dalej stacza się po równi pochyłej(Jestem Legendą to było dotknięcie dna). Po drugie primo: zaciekawiły mnie trailery, w których człowiek zwany Hancockiem(Walikoń) rzucał wielorybem do morza/oceanu. Dość powiedzieć, że trafiłem na nie zupełnie przypadkowo.

Obraz wyreżyserowany przez Petera Berga szczerze mówiąc nie powalił mnie na kolana.
Miał takie szanse, bo mimo pierwszego zdania w notce – zapatrywałem się optymistycznie.
Hancock jest super-bohaterem(niepotrzebne skreślić). Jego życie płynie dość nieciekawie – ludzie go nienawidzą, a on sam też nie bardzo pała do nich sympatią. Jednak nie przeszkadza mu to w pomaganiu i ratowaniu życia pewnym osobnikom. Wszystko byłoby okej gdyby nie fakt, iż w trakcie udzielania pomocy pokrzywdzonym, niszczy wszystko co staje na jego drodze. To właśnie dlatego wszyscy chcieliby, aby wyniósł się z miasta.
Pewnego dnia ratuje człowieka, który jest kreatorem wizerunku w mediach… Tyle o fabule(bo już pewnie wiecie co stanie się dalej).

will smithBez ogródek stwierdzam, że autorzy scenariusza się nie popisali.
Mimo gry przeciętnych aktorów można było bardziej wykorzystać potencjał drzemiący w Hancocku. Największy ból głowy stworzyło mi zakończenie. Z jednej strony na oglądałem się ostatnio filmów, w których happy endów było jak na lekarstwo i nie miałem za złe, że właśnie tak kończy się film(nie pluć, że spojleruje dupki). Patrząc jednak obiektywnie jest to kolejne Hoolywodzkie zakończenie, które może podobać się 12 latkom, a nie widzom, którzy obejrzeli trochę ambitnych dzieł.
Film ten ma jednak dużo zalet, ponieważ nie ma tu przerostu formy nad treścią(co w kinie XXI w. zdarza się nagminnie).
Tak! Są efekty specjalne, ale film to nie w 80% pokazywanie możliwości dzisiejszego kina.
Tu odsyłam do Transformersów, które są tego znakomitym przykładem.
Co tak przyciąga w tym filmie? To, że bohater nie jest idealny i (często)zdarzają mu się błędy. Jak na komedie przystało, jest kilka zabawnych gagów.
Nie oglądamy kolejnego koksa co tylko patrzy komu w mordę wyjebać, a jego kumpel załatwia mu nowe zabawki do siania rozkurwy. Willa Smitha mimo wszystko da się lubić.
Na plus(przynajmniej dla mnie) wychodzi również fakt, iż w tym s-f nie ma typowego czarnego charakteru. Bo ile jeszcze można oglądać super walki bossów, z których zawsze wygrywa dobry [‘].

Słowem podsumowania: jedna z najbardziej ciekawie zapowiadających się letnich produkcji nie jest bez wad, aczkolwiek jest to film, który może się podobać. Pierwsza połowa filmu jest niemalże idealna. Niestety w drugiej z filmu upływa to co najlepsze. Mimo wszystko DUPKI z całą odpowiedzialnością mogę polecić ten obraz na sierpniowy wieczór 😉 Dla dzieci do 13 lat zabawa będzie przednia 😉 Przy okazji powstał w Ameryce super-bohater nr. 1000500100900.

Ocena: 6/10

Sierpień 10, 2008 at 11:10 am 4 komentarze

Orzeł vs. Rekin

Eagle & SharkW czasie wakacji, gdy nie powstaje zbyt wiele ciekawych filmów(nie cierpię superprodukcji) miło jest jednak obejrzeć film który wyłamuje się z konwencji kina popularnego. O kinie Nowozelandzkim wiem tyle co o produkcji spłuczek do Toi-Toiów. Niby coś tam(Braindead), ale jednak nic 😉 Po raz kolejny zostaję zaskoczony przez film, w którym aktorzy prawdopodobnie zagrali role życia.

„Orzeł vs. Rekin” – na pierwszy rzut oka tytuł przypomina jakiś film o kolesiu co spuścił drugiemu wpierdol, aby pomścić śmierć dziadka Mijagi. Na szczęście te dwa tematy nie wiele mają wspólnego. Generalnie jest to komedia, ale tu zaznaczam, że ma bardzo specyficzny humor. Nie jeden powie: „o ku… ale suchar” itp. Ten film nie spodoba się przeciętnemu widzowi oglądającemu pokemony na Polsacie i czarodziejkę z księżyca, która w każdym odcinku napierdala się z jakimś odkurzaczem. Nie będę ukrywać, że w jednym momencie przymykały mi się oczy. Na szczęście nie zamknąłem. Koniec biadolenia.

Bohaterką filmu jest przede wszystkim Lily – kobieta, której nic nie wychodzi, a kłody same wpadają jej pod nogi. Jej zainteresowania są bardzo okrojone, a ona sama jest po prostu inna. Nie interesuje jej świat dyskotek, koleżanek, gadżetów, facetów z brykami itd. Dziewczyna urodą nie grzeszy co można zauważyć już na początku. Mimo wszystko żyje w swoim świecie i wcale nie interesuje jej „alternatywny” sposób życia. Dość powiedzieć, że ona nie bardzo wie o jego istnieniu. Pewnego dnia do fastfoodu, w którym pracuje przybywa chłopak. To jest miłość od pierwszego wejrzenia(przynajmniej z jej strony). Dodam tylko tyle, że on również ma swój świat. Jest bardzo dziecinny i specyficzny. Sam mówi w pewnym momencie: „jestem taki skomplikowany”.

Nie będę jednak rozpisywać się o fabule. Największą zaletą tego obrazu jest ukazanie bohaterów jako zwycięzców. Oni nie są tacy jak inni i dlatego wygrywają. Pozwolę sobie nawet zacytować ulubione zdanie mojej koleżanki: „Śmiejecie się ze mnie bo jestem inna. Ja się śmieję z was bo wszyscy jesteście tacy sami…”. Jarrod(chłopak) nie podąża za pieniędzmi, a ona nie szczyci się tym, że pomalowała w domu ściany na zielono, ani, że wyrwała „zajebiste ciacho”. Ich największą zaletą jest właśnie ta odmienność, która pozwala im na nieograniczoną wolność. Ważne jest to, że widzimy również ich problemy. Problemy, które gdzieś tam zagłębiły się w ich psychice i dają o sobie znać. Ich związek jest specyficzny. Myślę, że ten dialog znakomicie ukazuje ich relację.

– Jesteś całkiem ładna.
– Ty też…to znaczy…przystojny.
– Chcesz się pocałować?
– Tak.
– W usta?
– Tak.
– OK.
– Chcesz poleżeć na łóżku?
– Tak.
– OK.
– Chcesz się kochać?
– Tak.

Świetna muzyka jest bardzo dużą zaletą tego dzieła. Oglądając je zaniemówiłem, gdy we wzruszającej końcówce zapodano piosenkę The Stone Roses – This Is The One. Mistrzostwo świata… tak jakby ten utwór powstał specjalnie do tego filmu. Moment, w którym Jarred spogląda na Lily i słyszymy słowa piosenki „This is the oooooneeeee”, które aż chce się wykrzyczeć jest bezcenny.

Film polecam wszystkim, którzy lubią obejrzeć coś z przesłaniem, a nie „Smakosza”, o którym mi nawija teraz Pompa na gg o_O

Ocena bardzo subiektywna, lecz wcale nie naciągana 9/10, gdyby nie mały incydent, o którym wspomniałem wcześniej 😉

Ocena: 9/10

Lipiec 26, 2008 at 10:20 pm 4 komentarze


Brzozaw 8)

Człowiek lub istota człowieczo podobna pisząca na temat ciekawych krążków rockowych, A.C. Milan, Oasis i filmów.

Piszę o tym, o czym korwa chcę pisać.

Mój last.fm znajduje się tu:
http://www.lastfm.pl/user/brzozaw
GG: 9328484

Cheers!

Czego słucham w tej chwili?

Kalendarz

Sierpień 2017
Pon W Śr C Pt S N
« List    
 123456
78910111213
14151617181920
21222324252627
28293031  

Co oznaczają cyferki ;)

10 - Klasyk
9 - Zajebiste
8 - Bardzo dobre
7 - Dobre, ale...
6 - Prawie dobre
5 - Przeciętne
4 - Słabe
3 - Żenujące
2 - Katastrofa!
1 - Twoja Stara

Kategorie

Najpopularniejsze wpisy

Takie tam ;)

  • 39,375 wejść