Posts tagged ‘2009’

OFF FESTIVAL 2009 cz. 4 – ostatnia.

OFF FESTIVALNa Słupną wybrałem się trochę wcześniej, gdyż chciałem pozyskać koszulkę i przy okazji czymś się pożywić, w każdym razie drugi dzień ‘otworzył’ zespół…

Hatifnats – ostatnio bardzo wpadli mi w ucho, ich piosenki strasznie mnie kręcą, a we wrześniu wydają płytę, o czym udało się dowiedzieć przed koncertem. Zagrali genialnie, lepiej od wczorajszego The Black Tapes. Strasznie mnie nosiło podczas poszczególnych kawałków. Wokal świetny i w ogóle melodie miażdżą. To trzeba koniecznie posłuchać.
Będzie o nich głośno.

Muzyka Końca Lata – przetrwałem do kawałka „Chłopcy”. Miło się ich słuchało, lecz chciałem zobaczyć, co pokażą Andy, więc zmyłem się, aby mieć dobrą miejscówe. A no i spotkałem Marcina Mellera, któremu się gra chłopaków chyba podobała, bo został na kilka kawałków.

Andy – no cóż, muzycznie nie najgorzej, dobry wokal, melodie znośne, mój ulubiony „nic z tego nie będzie”. No dobra, przyznam się, że poszedłem tam dlatego, że basistka mi się podoba, no i w ogóle kobitki są bardzo ładne 😉 Wokalistka niczego sobie też…… 😉 andyOdwołano koncert Rolo Tomassi, czego bardzo żałowałem, bo chciałem pójść w pogo na tym rozpierdolu. Jednak basistę dopadła świńska grypa i nie dane mi było posłuchać ich muzyki.

Janek Samołyk – znałem tego grajka, kilka jego kawałków. Rozczarowanie z powodu Rolo Tomassi odeszło. Janek dał jeden z lepszych występów na OFFie. Grali bardzo przyjemnie, a do tego świetne, luźne rozmówki z publiką. Co mi się bardzo podoba, bo chłopaki się nie lansowali, a i trafnym żartem potrafili zapodać. A no i respekt za kawałek o dresach i chyba o materialistkach, ale nie jestem pewny.

Crystal Stilts – nie zachwycili mnie, było troche monotonii, chociaż pan za keyboardem(?) był bardzo zabawny. Melodii kilka znałem, ale wokal był niemrawy i tak generalnie sztywno. Ani potańczyć, ani się skupić. Mogło być lepiej.crystal

Handsome Furs – grali bardzo żywiołowo. Fajny styl dosyć, ale mnie nie porywało, bo już myślami byłem przy jednym z ważniejszych koncertów tego dnia. Wybyłem po jakichś 3 numerach, chyba po piosence nt. Terminatora (Sic!)

COOL KIDS OF DEATH – już na soundchecku byłem zachwycony, „Dwadzieściakilka lat” brzmiało tak jak sobie to wyobrażałem. Świetnie zapowiedział ich Piotr Stelmach z „Trójki” i zaczęło się. Przy pierwszym kawałku byłem przy barierce i darłem ryja, ale chuja. Nie wytrzymałem i wjebałem się w pogo. To był najbardziej zajebisty pomysł jaki mogłem obczaić. Było kosmicznie, Butelki z benzyną i kamieniem, na żywo brzmią znacznie lepiej niż na krążku. No i ta zabawa w środku. Wszyscy kumaci, wiedzą o co chodzi, teksty znają. Tak to ja się mogę bawić. Jeśli chodzi o atmosferę to najlepszy koncert, na jakim byłem. Zresztą, tego się nie da opisać. cool kids of death

A potem byłem w „Biedronce” na ekstra dożywieniu i piłem jakiś napój, który miał „aspartam” i się wkurwiłem, że się metylowego napiłem…

The Car Is On Fire – kiedyś grali na jakimś feście, ale ja wtedy jakoś specjalnie nie chciałem ich słuchać. Teraz się skusiłem, bo stwierdziłem, że na tą lafiryndę Peszek nie pójde, bo mnie wkurwia. Fajnie zagrali, dobrze mi się bawiło na ich piosenkach, były żarty, było wszystko. No i basista stracił strunę w swojej gitarce, co też wyszło na plus, bowiem zagrali jeden kawałek bez niego i było to urozmaicenie 😉

Wooden Shjips – bardzo miłe odczucia po ich graniu. W pewnym sensie telepało mnie na wszystkie strony, małe ataki epilepsji, a to tylko znamionuje wpływ ich kawałków na moją personę. Polecam.

Jeremy Jay – czyli opowieść o tym jak cały tłum ruszył do namiotu 😀 to było genialnie, podest się zawalił, był tłok. Nic nie pamiętam z tego koncertu, mimo przyjemnego ciepła, wyszedłem po jakichś 15 minutach.

The National – troche zmarzłem przed ich koncertem, dostałem się blisko sceny. Przyszło sporo ludzi, więc zaraz zrobiło się cieplej. Matt z kolegami zafundowali epicki występ. Wino, świeczki, kobiety mogły się poczuć jak na kolacji z Al’em Pacino. Było klimatycznie, żywiołowo, piosenki brzmiały genialnie. Do tego, zagrali prawie wszystkie znane mi kawałki, więc miałem okazję pośpiewać. „Secret Meeting” to było to co miało moc. „Mr. November” podczas, którego Matt był już nieźle nawalony winiakiem. Ciekawe czy pił komandosa, albo leśny dzban 😉 Podobało mi się bardzo, najlepszy koncert bandu z zagranicy, który widziałem 😉 national

Miłość – wpadłem na dziesięć minut. Lechu zajebiście odwalał na fortepianie, a jakiś dresiarz krzyknął, że coś mu nie pasi. Gdybym miał troche więcej siły i koc pod ręką to bym został, ale w innym wypadku postanowiłem się zmyć, bo dało mi w kość. Ale za rok rozbije sobie namiot na Słupnej 😀 po znajomości z Rojkiem 8)

09.08.2009 – Niedziela

Został mi tylko do obejrzenia koncert Olafura Arnaldsa, połaziłem sobie po Mysłowicach, obczaiłem to co miałem do obczajenia. Zjadłem co miałem zjeść i jebłem się spać, żebym mógł się potem skupić na występie Islandczyka.

Olafur Arnalds – kiedy wyszedł, było tak trochę niepozornie. Ładne miał kobitki w składzie(chciałem być wiolonczelą ;)) Bardzo fajnie i zrozumiale gadał po angielsku, żartował, opowiadał, ale najważniejsza była gra. Widać było, że facet żyje za fortepianem. Wychodziło mu świetnie i klimat kościoła też zrobił swoje. Show w ścisłej czołówce OFF-a.
Piękne chwile, gdy odgrywał „Fok”, a w górę pomieszczenia leciały mewy. Dla takich koncertów warto wpadać na OFF.Olafur Arnalds

Podsumowanie:

Pozytywnych aspektów było bardzo dużo, muzyka zróżnicowana(chociaż brakło hip hopu i więcej elektroniki), ale myślę, że Rojek za rok na „piątkę” zaprosi jakiegoś dobrego rapera. Może znowu O.S.T.R. ? Na pewno byłoby ciekawie.

Miasteczko było całkiem fajne, łatwo się wszędzie dostać, ceny nie wysokie(zwłaszcza w Stonce) pogoda bardzo dopisała, chociaż w nocy zamarzałem w namiocie, jednak nie ma co się dziwić, gdyż spałem na kocu i pod kocem 😀 bo mi się karimaty, ani śpiwora brać nie chciało… Już się nie mogę doczekać OFF Festival 2010. To będzie coś zajebistego.
Wpadać, bo podejrzewam, że zespoły będą kosmiczne, ale ja chyba tym razem zamieszkam sobie w jakimś najgorszym hotelu, bo namiotowanie mnie nie kręci. No chyba, że będą ludzie to wtedy ewentualnie można coś zaknyszyć.

Ps. A to akurat jest wpis nr. 100 na tym blogu 😉 oby dobić do tysiąca 😀

Reklamy

Sierpień 17, 2009 at 11:19 am 1 komentarz

OFF FESTIVAL 2009 cz.3

OFF FESTIVAL

The Black Tapes – to oni rozpoczęli festiwal na kąpielisku Słupna, grali tylko pół godziny i robili to z rozmachem, wokalista w niektórych momentach eksplodował niczym wulkan energii, nic wybitnego, lecz miło się słuchało. Zabawna sytuacja, kiedy gitarzysta chciał zagrać solówke na kolanach, kabel był krótki, wyskoczył ze wzmacniacza, a kolega z zespołu szybko go skwitował: „kurwa, zajebista solówka”.

Von Zeit – poszedłem na to głównie z powodu braku innego koncertu, miejsce pod drzewkiem było dobre, ale sam koncert wydał mi się nijaki. Pomysły i kabaretowe rozmówki mogły się podobać, lecz mi to nie przypadło do gustu. Miłym akcentem było ponownie spotkanie małżeństwa z Poznania i kolejna ciekawa dyskusja, choć krótka bo chciałem zobaczyć…

BiFF – nie podobało mi się zupełnie i zmyłem się z pod sceny leśnej po 5 minutach. Wokalistka zrobiła z siebie jakiegoś stracha na wróble, muzyka kiepska i ten występ zapomnę bardzo szybko.

Kumka Olik – wpadłem głównie po to, żeby zobaczyć „Zaspane Poniedziałki”. Reszta utworów zwyczajna, mógłby je grać każdy zespół w ich wieku. Rozchorował im się gitarzysta i radzili sobie w trójkę, ale to nie było nic fajnego. Transparenty godne uwagi, ale ta sytuacja z „pokazaniem cycków” przez lidera to była żenada i śmierdziało mi lansem…

George Dorn Screams – bardzo mi się podobało. Do tego stopnia, że odtwarzam sobie ich kawałki w domu. Myślałem nad Pustkami, ale jakaś taka nazwa chujowa i wybrałem GDS. Jeden z lepszych koncertów na OFFie. Wokal nieziemsko łączył się z gitarową ścianą muzyków. Zostałem oczarowany i ten koncert pozostanie w mojej pamięci przez bardzo długi czas…george

The Thermals – gdybym znał ich kawałki to pewnie dobrze bym się bawił. Nie można im zarzucić nudy, bo całość była nawet chwytliwa i przebojowa, lecz czegoś mi tam brakowało i choćby z tego powodu, zrezygnowałem z pogo ze zgrają childrenów.

Micachu and The Shapes – szczerze mówiąc: wpadłem na to, położyłem się pod drzewem. Nie bardzo mogłem się skupić na ich muzyce, więc poszedłem coś zjeść, a wracać mi się już do nich nie chciało, bo nie trafili do mnie.

The Pains of Being Pure at Heart – byłem już jakieś 30 min przed ich występem. Najpierw jako jeden z kilku osób, zająłem się odwzajemnianiem uśmiechów tej ładnej kobiety z ich zespołu w moim kierunku. Nagrałem telefonem 7 sekundowy fragment ich soundchecku, kiedy śpiewała sobie jakąś śmieszną piosenkę. Kiedy wyszli na scenę, byli dokładnie tym czego oczekiwałem. Grali dobrze, choć spodziewałem się lepszego wokalu, długo przy barierkach nie wytrzymałem i poszedłem odjebać wieśniackie pogo i pośpiewać z kilkoma typami, którzy znali te klimaty. No i genialne Come Saturday: U U UUUUU.4a7ed66eee8e6_p

HEALTH – spóźniłem się jakieś 5 min, ale jak zobaczyłem co się dzieje na scenie i pod, to szybko dostałem się w tamto miejsce. Pogo było straszne, ludzie odbijali się od siebie jak szmaciane lalki, a ja razem z nimi. Pod sceną dźwięki były piekielne. Wymęczyłem się nieźle, nawdychałem kurzu i upierdoliłem, ale było warto. Bardzo ciekawy band.

health
Marissa Nadler – wiedziałem, że na HEALTH mogę dać w pizdę, bo odpocznę na tej świetnej kobiecie. Tak rzeczywiście było, chociaż prawie cały koncert przesłuchałem nie spoglądając na scenę, tylko siedząc po turecku. Zmęczenie dało trochę o sobie znać, ale jak Maryśka grała kawałki, które znamy to z przyjemnością słuchało mi się jej piosenek. Trochę było monotonnie, ale w obecnym stanie fizycznym nie wyrobiłbym niczego bardziej eksperymentalnego.

Fucked Up – ten występ wyznaczył u mnie trend tego jak powinien wyglądać koncert punkowy. Jak mi teraz ktoś powie o jakimś punkowym zespole, na którym podobno dużo się dzieje bo wokalista przeklina to jebne na zawał. To, co wyprawiał frontman Fucked Up nie mieści się w głowie. Przytulanie się do ludzi, podciąganie spodenek do cycków i teksty typu: „nie jestem gruby”. Nie wspominam o darciu ryja, pokładaniu się na ludziach i najlepszym – piciu redbulla i pluciem we wszystkich, którzy go trzymają. Zupełnie się tego nie spodziewałem i dostałem niezłego hita, zresztą nie tylko ja…
fucked up

The Week That Was – strasznie się na tym wynudziłem, badziewie roku, nic ciekawego. A wszystko przez pomyłkę, bo w świetle chujowej lampy nie zauważyłem, że w rozkładzie miałem zaznaczone Monotonix i z „braku laku” poszedłem na to gówno. Potem strasznie żałowałem, kiedy przechodziłem obok sceny miasta muzyki i widziałem, co się tam dzieje…

Spiritualized – miałem wpaść na Disasteradio, ale podziałała na mnie ‘marka’ angoli i sobie tego nie wybaczę. Brzmiało to dla mnie miejscami jak tania podróbka Pink Floyd. Jeden kawałek mnie poruszył, było zimno, kontaktu z publiką żadnego. Nie, to było definitywne rozczarowanie, ale rozumiem, że fanom mogło się podobać. Plus za fajne światła.

Spiritualized
Tak minął mi drugi dzień OFF Festivalu 2009. Chciałem wpaść na Final Fantasy, ale byłem tylko w koszulce i już na występie Jasone Pierce’a zamarzałem. Poza tym spanie dało o sobie znać… na polu biwakowym w nocy hity typu ‘terror’. ‘daj kamienia’ itp. Osobiście zabrakło mi klasycznego: „Ludzie, czemu wy jeszcze nie śpicie?” bądź „jestem hardkorem”.

Sierpień 13, 2009 at 1:14 pm Dodaj komentarz

OFF FESTIVAL 2009 cz. 2

OFF FESTIVALPierwszy koncert odbył się w kościele ewangelickim. W trakcie czekania usiadłem sobie na ławce i nawiązałem miłą znajomość z pewnym małżeństwem. Przegadaliśmy ponad godzinę, nie licząc czasu w kościele. Dowiedziałem się sporo ciekawostek nt. zespołów z lat 70 i 80, a także o moim ulubionym radiu – trójce. W zamian poleciłem znajomym kilka grup, które warto zobaczyć na tej edycji OFF-a.

W międzyczasie podjechał sobie jakiś samochód, wysiadł z niego gnojek i stwierdziłem, że to jakiś lanser. Dopiero po chwili poznałem, że to Artur Rojek, na szczęście było pewne, że dyrektor artystyczny festiwalu będzie wracał. Wtedy go dorwaliśmy i już nie miał wyjścia. Autografy na wejściówkach, pisane na szybie jego auta były w pewnym sensie atrakcją wieczoru, wszak uwielbiam muzykę Myslovitz, więc nie muszę mówić, jaką radość to we mnie wywołało.

BALLADY i ROMANSE.

Rozpoczęły pierwsze, bardzo pozytywnie mnie zaskakując. Dziewczyna przy klawiszach miała zajebisty wokal, a piosenka o psie na długo pozostanie w mojej pamięci. Jej siostra pod tym względem wypadła nieco słabiej, ale generalnie dziewczyny dobrze się zaprezentowały. Kobitki miały dobry kontakt z publiką, panowała luźna atmosfera i można było się uśmiechnąć. Szczególnie podczas tekstów typu: „teraz zagramy coś wesołego”. A i bym zapomniał: szacunek dla basisty, bardzo stylowo grał no i miał ruchy jak
Flea z RHCP.ballady

EL PERRO DEL MAR.

Kiedy tylko zobaczyłem Szwedkę na scenie, od razu wiedziałem, iż będzie to niezapomniany wieczór. Na żywo całkiem inaczej niż na Cd – czysty, donośniejszy głos. Zajebiście udzielał się w chórku gitarzysta. Podobało mi się zachowanie artystki na scenie, jej repertuar ruchów, mimika – wszystko to stworzyło świetny klimat. I mimo tego, że zagrała tylko cztery znane mi kompozycję, a reszta nie stała już na tak dobrym poziomie, to wydane na nią pieniądze nie zostały wyrzucone w błoto. Pozytywnie.off2009-004

Tak minęły mi zasadniczo dwa pierwsze koncerty. Z chęcią wybrałbym się na te w klubach, lecz dałem ciała z karnetem, gdyż za długo się ociągałem z jego zakupem, w rezultacie, czego musiałbym słono przepłacić za pojedyncze wejściówki.

c.d.n.

Sierpień 12, 2009 at 7:57 am 2 Komentarze

OFF FESTIVAL 2009 cz. 1

OFF FESTIVALPodróż do Mysłowic obfitowała w wiele ciekawych sytuacji. Na PKP poznałem jakiegoś dziadka, który opowiedział mi historię swojego życia. Niby nic w tym dziwnego, ale jak zaczął opowiadać o tym jak zaciągał kobity do łóżka na winiaka to już było interesujące. Potem jeszcze coś przebąkiwał o tym, że w sanatorium wszystkie obraca. Uśmiałem się nieźle. W pociągu nic ciekawego się nie wydarzyło i bez większych problemów dotarłem na miejsce.

Tutaj nieźle się zdziwiłem, ludzi prawie w ogóle, wszystko jakieś opustoszałe. Gdyby nie reklamy, bannery i drogowskazy to trudno byłoby zauważyć, że w Mysłowicach coś się będzie działo. Co prawda, wysiadło trochę indie-pedałów, ale nic pozatym. Wytłumaczyłem sobie, że to wczesna godzina(12:40) i, że dopiero jutro zjadą się wszyscy.

Wbiłem na pole namiotowe, rzecz jasna wcześniej zaopatrzyłem się w informator festiwalowy od sympatycznej dziewczyny. Szybko obczaiłem, że do wejścia trochę daleko, więc wjebałem się na skróty przez ogrodzenie. Bardzo ładna laska przy ‘logowaniu’ do namiotu, spytała z szelmowskim uśmiechem, czy śpię sam. I tutaj się wkurwiłem, bo gdyby nie kilka innych panienek obok niej, to bym zaproponował jakieś lepsze rozwiązanie…:D
Uff byłoby, co obracać…

Mój namiot był najlepszy, każdy koło niego przechodził i miał bekę. Nie obyło się bez komentarzy, że się zawali, wszak kosztował 15 zł, ale przetrwał i trzymał się nieźle. Miałem go spalić i wyjebać do śmietnika po OFF-ie, ale z racji jego dobrego stanu, darowałem mu życie.

Po rozbiciu tego cacka, wyruszyłem na miasto, pożywiłem się w przydrożnym mini-barze i spytałem miejskich żuli; jak tu dotrzeć do biedronki. Droga okazała się prosta jak lufa od rudego 102, po drodze skosztowałem jeszcze lodów, ale były chujowe i na św. Rocha w Oławie mają najlepsze forever. Chciałem wbić na Słupną i zobaczyć jak to wszystko wygląda mniej więcej, ale mi się odechciało w połowie drogi i zmieniłem kierunek podróży. Enough.

Wieczorne zakupy w „Biedronce” były zajebiste, po drodze jakiś żul rozmawiał z tramwajem. W MCK wymieniłem karnet na opaskę i dali mi to 200 stronicowe, specjalne wydawnictwo festiwalowe, które przypadło mi do gustu.

Mozaika uczestników była zabawna, z jednej strony ziomki w koszulkach Kultu, Slayera czy Franz Ferdinand, a z drugiej dzieci popkultury – rurki, okulary, koszula w kratkę(KLĘSKA).
Na szczęście, spodziewałem się takiego zestawu Happy Meal.

Zastanawiało mnie jedno, z tego, co usłyszałem od ludzi – większość przyjechała tu pochlać pod namiotami, znając 2-3 zespoły. Off jest od poznawania zespołów, ale kiedy je poznać, gdy zamiast iść na koncerty, siedzi się non stop na piwie.

Stworzyłem wieczorem rozpiskę Terminatora, żeby wjebać się na dużą ilość koncertów, najwyżej ograniczę piwo, żeby nie zrobić się śpiący i zmulony jak lato z radiem.
Fajny rynek mają w Mysłowicach, tysiąckroć razy lepszy od tego w Oławie. Duży plac, ładne puby i estetycznie wyglądające restauracje, aż miło się tamtędy przechodzi…

c.d.n.

Sierpień 10, 2009 at 9:24 pm 2 Komentarze


Brzozaw 8)

Człowiek lub istota człowieczo podobna pisząca na temat ciekawych krążków rockowych, A.C. Milan, Oasis i filmów.

Piszę o tym, o czym korwa chcę pisać.

Mój last.fm znajduje się tu:
http://www.lastfm.pl/user/brzozaw
GG: 9328484

Cheers!

Czego słucham w tej chwili?

Kalendarz

Październik 2017
Pon W Śr C Pt S N
« List    
 1
2345678
9101112131415
16171819202122
23242526272829
3031  

Co oznaczają cyferki ;)

10 - Klasyk
9 - Zajebiste
8 - Bardzo dobre
7 - Dobre, ale...
6 - Prawie dobre
5 - Przeciętne
4 - Słabe
3 - Żenujące
2 - Katastrofa!
1 - Twoja Stara

Kategorie

Takie tam ;)

  • 39,417 wejść