Archive for Lipiec, 2009

Spirit – Duch Miasta – recenzja

Spirit duch miastaSamuel L. Jackson to najlepszy murzyński aktor, żaden frajer nie może się z nim równać. Rolami w „Pulp Fiction” czy „Długi pocałunek na dobranoc” nabił sobie u mnie respekt.
Jakiś czas temu chwaliłem „Sin City” za nietuzinkowy klimat, świetny obraz i wykonanie, a także aktorów z najwyższej pólki.

Aktorzy w „Spirit-Duch Miasta” również są jednymi z lepszych – wspomniany Samuel L. Jackson, Scarlet Johannson i ta suka co jej nie lubie – Eva Mendes.
Fabuła komiksowa jak wiadomo, bo to wkońcu jego ekranizacja. Ludzie dają temu filmowi bardzo niepochlebne recenzje, jadą po nim jak po psie. A ja nierozumiem dlaczego?

No dobra tytułowy Spirit, tzn. chodzi mi o aktora, to jakaś słaba cipa, ale reszta jest już co najmniej dobra. Niektóre sceny przypominają Tarantinowskiego „Kill Billa”. Dzieło zrealizowane jest podobnie do Sin City, ale widać, że trochę ucięto koszta bo rendering nie jest już tak zajebisty. To da się jednak przeboleć. Bo ten film to tak naprawdę teatr jednego aktora, czy się zgadzacie Samek kopie tyłki wszystkim i szkoda, że to nie on został tytułowym Spiritem.

Dawno nie widziałem tak wyrazistej postaci, gdyby film był lepiej dorobiony i reszta aktorów byłaby w 3/4 tak świetna jak Samuel to mielibyśmy klasykę kina. To, co odwala ten człowiek – w głowie się nie mięści. Geniusz czarnego humoru. Szkoda, że nie jest go za dużo w filmie. Gdyby dali mu jeszcze jakieś 15 min. to nagrody murowane. Koleś w końcówce dopiero się rozkręcał. A co się działo przed końcówką…

Moment, kiedy przebiera się za SSmana z tym szkiełkiem nad okiem nawiązując bodajże do Goebbelsa i przemawia na ten ludzkiej egzystencji, kodu genetycznego. Jego powaga, skupienie i chwila, gdy myślimy – „kurde ale wariat!”, a nie zwracamy uwagi „patrz jak zajebisćie gra”. Postać wykreowana jest maksymalnie zajebiście. No i największa ironia tej sceny – murzyn ssman.

Nie podobał mi się główny bohater, niby pewny siebie, uwodzicielski, ale nie przekonywał w żadnym stopniu, a może przekonuje tylko kobiety?

Głupoty pieprzą wszyscy, co krytykują ten film. Jo Brzozaw powiadam – oglądać, nie pierdolić! Może nie ma tego klimatu co „Sin City”, ale to nie znaczy, że jest do dupy.

Ocena: 7/10

ps. pozdro dla Samka, Patka spytaj go czy się czasem na czarno nie przerobił na potrzeby filmu 😮

Lipiec 30, 2009 at 10:16 am 1 komentarz

[REC] – recenzja

Ostatnimi czasy złapałem sporo opcji na notki, więc spodziewajcie się kilku recenzji, filmów, książek, czy innych chorych psów. Dzisiaj film z gatunku horrorów, czyli takiego, które oglądam bardzo rzadko.

Ludzie, którym spodobał się ów „fenomen hiszpańskiego kina grozy”, zawsze mówili, że jedną z najlepszych zalet jest prowadzenie kamery z ręki, co ma dodawać realizmu historii. Taki zabieg wykorzystane w „Blair Witch”, o którym kiedyś pisałem i zjechałem go jak burą sukę. W tym filmie nawet dobrze to wychodzi.

Jednak jest wiele zastrzeżeń, propo scenariusza, który jest naciągnięty aż zanadto. Nie wiem, do czego pił autor tej historii, ale mnie to zupełnie nie wciągnęło, poza tym często się uśmiechałem, a najbardziej na końcowych scenach. Realizacja i gra aktorska pozostawiały trochę do życzenia. Lecz tutaj nie to powinno górować nad widzem, napięcie, strach – to powinniśmy odczuwać podczas seansu. I mogę się zgodzić, przyznać – film trzyma w napięciu, ale straszydło z niego żadne. Poza jedną sceną końcową, tak naprawdę można się śmiać z całej akcji.

Wyobrażacie sobie sytuacje, w której 80 letnia babka rozpierdala strażaka w kwiecie wieku? Niby ma jakiś tam przyrost siły, ale bez przesady. Może posłuchała porzekadła, że słynne już „tabletki metki to sposób dla twojej sylwetki”. W ogóle sceny ze starą kurwą w tym filmie są chyba najśmieszniejsze, szczególnie jak dostaje buta w klatę to mi się przypomina seria „Evil Dead”.

Nie wiem czym podjarał się Marian, kiedy to oglądał, ja się podjarałem ze śmiechu. No, ale można to wytłumaczyć faktem, że oglądałem z bratem, a z czego jak z czego, ale z horrorów to zazwyczaj robimy komedię 😀 A z takich, w których są stare babki to największą.

Drugą część już tworzą, będzie wyglądać jak coś pokroju Resident Evil, czyli wbiegają z karabinami i (SIC!) dostają wpierdol od zombie 😀 Będę zmuszony to obejrzeć.

Wracając do „[REC]” – w przypadku tego filmu, mi tu brakuje jakiegoś wyjaśnienia. Nagle wszystkich zamykają w budynku i nie wypuszczają, bo choroba może się przenieść. Z tego, co się okazuje, ludzie są tam skazani na śmierć. To nie lepiej ewakuować kilka kamienic, jebnąć dynamit i po sprawie? Jak te chore psy to przeżyją to wtedy zaczęliby się martwić. A tak przed drugą częścią, mają cały blok zombie i kupę roboty.

Ocena 5/10

Lipiec 28, 2009 at 9:17 pm 5 komentarzy

Łzy – Kamieniec Wrocławski, 07-12-2009

Dzień dobry. Zapewne tytuł notki zaskoczył was bardziej niż cały ten blog. Nie jesteście sami, mnie też. Jak doszło do tego, że się tam znalazłem. Stało się to tak…

Za górami, za lasami, w pewnej mieścinie, kiedy wracałem z miłej weekendowej przejażdżki. W drodze przypomniało się pewnej osobie, że to dziś grają Łzy w krainie Kamieńca. A, że owa osoba lubi takie koncerty, to zdecydowałem się jej towarzyszyć, od razu wiedziałem, że to będzie dobry materiał na notkę. Nie będę ukrywać, że ten zespół jest przeze mnie nie lubiany, bo gra drętwo, monotonnie i do dupy. Doszło do tego, iż zabraliśmy się w 6 osób, ledwo mieszcząc się w samochodzie. Po dotarciu na miejsce, zobaczyłem troche dresów, imprezowiczów i gorące 14-tki, które były najebane po jednym piwie na 5 osób.

Wpieprzyłem się dosyć blisko sceny i finito. Atmosfera była bardzo cieńka, mimo prób wokalistki zespołu i małych przebłysków widowni, znów na jaw wyszło, że Polacy nie potrafią się bawić przy muzyce gitarowej. Wszyscy stoją i patrzą się jak na jakieś zjawisko, coś co w ogóle przyleciało do nich z kosmosu, ma zielone głowy i w ogóle operuje innym językiem. Ja sobie stanąłem, próbowałem tego słuchać, ale jakoś te piosenki w ogóle nie trafiały w moje gusta. Chociaż miałem moment kiedy mi się podobał ten koncert! Pod koniec jakiegoś tam utworu, zagrali intro utworu „Enter Sandman” – Metallici. Trwało to jakieś 30 sekund, ale mi wystarczyło, aby zacząć skakać i siać rozpierdol, no i co? Jak zwykle ludzie zaczęli mieć pretensje…Ja nie rozumiem, nie pojmuje, nie potrafię rozkminić, co ja im robie, że kurwa robią się jacyś negatywni. Po to jest koncert, żeby sobie poszaleć, stać to można na nielicznych, akustycznych, bądź na takich przy, których się ‘doznaje’. Pod sceną się nie stoi tylko imprezuje. Narobiłem sporo zdjęć, kiepskiej jakości, ale lepszy rydz niż nic. Niektóre wyszły nawet w miarę…
łzy 2łzy 1DSC02495

łzy 4

Koncert skończył się koło 23, nie wiem czy przed nimi był jakiś support bo przyjechałem tam dosyć późno. Najlepsza akcja była jak wracaliśmy. Wjechaliśmy w jakieś bagno za sceną samochodem i za nic nie dało się wyjechać, a to był teren zalewowyl, z którego ostatnio wypompowywali wodę. No, ale miało być na skróty – rzecz jasna fotoreportaż wyszedł genialnie…

bagno!Na ratunek pośpieszył nam Ursus, który udowodnił, że nie lada z niego bryka!

ursus forever Jedynym w pełni usatysfakcjonowanym osobnikiem pozostał…ślimak, którego o włos nie przejechaliśmy.

life is life!! na na nanana!Do widzenia 🙂

Lipiec 13, 2009 at 5:12 pm 2 komentarze

„Zwodniczy Punkt” – Dan Brown, recenzja

okladka-640Wiele już usłyszałem na temat Dana Browna. Irytował mnie ten hype, kiedy się wszyscy jarali „Kodem Leonardo Da Vinci”, każdy to od siebie pożyczał i był bardziej zajarany przed niż po przeczytaniu. Ja sobie nie będę przyswajać tej lektury, ponieważ zwyczajnie mnie nie interesuje. Natomiast po obejrzeniu „Aniołów i Demonów” stwierdziłem, że z tym Brownem coś jednak jest na rzeczy, skoro ekranizacja miała taką promocję.
Tak się szczęśliwie złożyło, iż kuzynka, która lubi jego książki, kupiła ostatnio literacki debiut tego pisarza, więc skwapliwie skorzystałem z okazji i zapoznałem się z treścią „Zwodniczego Punktu”. Fabuła naciągana i tutaj nie ma co się upierać, jednak nie do tego będę pić w tej recenzji.

Muszę przyznać, że z Dana Browna świetny manipulant, który potrafi zaciekawić i wyprowadzić czytelnika w pole. Postacie kreowanego przez niego są interesujące, choć postacie poboczne zazwyczaj nimi pozostają i wiele się o nich dowiedzieć nie można.
Kolejnym mocnym punktem jest akcja, a tej nie brakuje. Brown świetnie tobą steruje i zaskakuje w najmniej spodziewanym momencie, gdy wydaje ci się, że już wiesz o co chodzi. Dialogi są nieco patetyczne, a charakter postaci nie zawsze się w nich ujawnia.

Mimo wszystko książkę dobrze się czyta. Rzadko zdarzają się momenty, kiedy zwyczajnie chcemy już odłożyć ją na półkę i zająć się czymś innym. Jeśli chodzi o sam układ to bawi mnie ilość rozdziałów – bodajże 126. Jednak to dlatego, że autor lubi urywać wątki w krytycznych sytuacjach, a zaczynanie nowych po akapicie mijałoby się z celem.
Brown w „Zwodniczym Punkcie” w pewnym sensie balansuje pomiędzy dwiema „ekipami”. Wychodzi to świetnie, a czytając o pierwszej, często nie możemy się już doczekać tego co dzieje się u drugiej. I vice versa.

Ponoć prawdziwego faceta można poznać po tym nie jak zaczyna, a jak kończy. Dan kończy chujowo i przewidywalnie. Generalnie zakończenia nie trzeba czytać, aby wiedzieć jak to będzie wyglądać. Szkoda, że w pewnym sensie zostaje zachowany status quo. Ale wszystkiego mieć nie można.

Jak na tak wychwalanego pod niebiosa pisarza, muszę przyznać – Brown jest w tym dobry, ale nie na tyle, żeby tak się jarać każdą jego nową pozycją. Wiadomo są książki lepsze i gorsze, pisarz się rozwija, ale dla mnie pewnym punktem podparcia jest jego debiut. Bo wtedy może wykorzystać większość swoich pomysłów, bez wielkiej presji i wymagań fanów.
Dan Brown zadebiutował przyzwoicie i jeśli dalej tak dobrze buduje akcje to chylę czoło. Chociaż moim zdaniem Kod i Anioły, swoją popularność zawdzięczają kontrowersyjnemu tematowi i spoglądaniem na Watykan przez czarne chmury. A ludzie w 21 wieku tego potrzebują – wątpliwości wobec kościoła. Bo co niby innego mają do roboty?

jest dobra, ale nie jest hardkorem!

Ocena 7/10

Lipiec 10, 2009 at 7:58 pm Dodaj komentarz


Brzozaw 8)

Człowiek lub istota człowieczo podobna pisząca na temat ciekawych krążków rockowych, A.C. Milan, Oasis i filmów.

Piszę o tym, o czym korwa chcę pisać.

Mój last.fm znajduje się tu:
http://www.lastfm.pl/user/brzozaw
GG: 9328484

Cheers!

Czego słucham w tej chwili?

Kalendarz

Lipiec 2009
Pon W Śr C Pt S N
« Czer   Sier »
 12345
6789101112
13141516171819
20212223242526
2728293031  

Co oznaczają cyferki ;)

10 - Klasyk
9 - Zajebiste
8 - Bardzo dobre
7 - Dobre, ale...
6 - Prawie dobre
5 - Przeciętne
4 - Słabe
3 - Żenujące
2 - Katastrofa!
1 - Twoja Stara

Kategorie

Najpopularniejsze wpisy

Takie tam ;)

  • 39,375 wejść