Archive for Maj, 2009

Disasteradio

tetrisDzisiaj przedstawię Wam śmiesznego ziomka, z dosyć zabawną muzyką. Mocno kiczowatą, co prawda, ale bardzo łatwo wchodzącą w ucho. Na Disasteradio trafiłem jakieś trzy miechy temu na last.fm i tak sobie puszczam co jakiś czas na ich stronce wytwory dźwięko-podobne. W sumie to pewnie nawet bym nie zwrócił uwagi, ale staram się przesłuchać, chociaż po kilka kawałków zespołów, które się na Offie pojawią. Jakiś prowizoryczny rozkład koncertów będzie trzeba ułożyć. Póki co pewne CKOD, El Perro Del Mar, Olafur, The Nationals, Ballady i Romanse.

Wracając do Disasteradio;

Stuprocentowe rycie bani, bity są mistrzowskie. Dźwięki z różnych urządzeń elektronicznych, podejrzewam, że i z mikrofalówki coś jest. Mnie się to podoba.

Posłuchajcie sobie takiego „Awesome Feelings” Ten motyw, który ciągnie się od początku kawałka to pewnie z jakiejś gry na Pegazusa! Pamiętacie na pewno takich ziomków, co śpiewali Blue (Da Ba Dee), tutaj panują podobne klimaty, ale wszystko na większym luzie.

Za całością siedzi niejaki Luke Orwell z Nowej Zelandii. Oczywiście muzyka tworzona jest na komputerze. Koleś robi to coś od 1999 r. i dobrze mu to wychodzi. To tak gwoli ścisłości.

Ale co ja wam tu dupe truć będę – usłyszczie to – Digital Pop.

Dobrych kawałków jest sporo, ale jak to w moim przypadku bywa, takie krótkie fascynacje szybko się kończą. Bo to nie jest muzyka, przy której udzielają mi się jakieś emocje poza śmiechem. Lecz może właśnie o to w tym wszystkim chodzi?

Ja to bym chciał, żeby ten koleś zrobił taki bit jak T.Love do „Polish Boyfriend”. Muzykę Nowozelandczyka traktowałbym raczej jako dodatek do śniadania. No chyba, że kogoś takie zabawy z elektroniką rajcują.

I bym zapomniał o najlepszym. WOKAL. Koleś ma barwę głosu jak Arni w „Terminatorze” „Hasta la vista, baby” malkontentom, którym będzie przeszkadzać zrobociały głos.

Na dole macie dużo utworów do pobrania: http://www.lastfm.pl/music/Disasteradio

A niech ma, zasłużył 😉

Ocena: 5/10

Reklamy

Maj 23, 2009 at 11:12 am 1 komentarz

Anioły i Demony – recenzja

1994-2c841b587ab77e74b895deec61c00a54Anioły i Demony, czyli kolejna po „Kodzie Leonardo Da Vinci” przereklamowana filmowa produkcja.

Kiedy wyruszałem do kina, to miałem nadzieję, że dzięki rozpoczęciu filmu o 00:01 będę mieć możliwość wczucia się w klimat i obejrzenia czegoś naprawdę dobrego. Najpierw zapodali trailer Terminator: Salvation, który bardzo mi się podobał i nie wykluczam, że obejrzę to na dużym ekranie.

Przechodząc do „Aniołów i Demonów” to nasuwa mi się kilka cytatów z wczorajszej nocki.

„pójdziesz z tąd czy nie? Bo jak pirdolnę sikierą!”
„kurwa twoja mać! Gdzie te widły?”
„daj kamienia!”
„czekolaaaaaada”

Czyli podręczny zestaw z sali kinowej, który można wykorzystać podczas seansu.

Na pierwszy ogień fabuła: niezbyt porywająca, szczerze mówiąc to oczy mi się przymykały i to nie tylko dlatego, że było późno. Chociaż muszę przyznać, iż początek mi się spodobał – szczególnie sceny z wielkim akceleratorem. Wszystko było przyśpieszone i jeśli wierzyć Marianowi, to zmieniono sporo względem książki, więc tutaj też nienajlepiej to rozwiązano.
„kurwa twoja mać! Gdzie te widły?”, żeby zabić scenarzystę.

Najbardziej jednak denerwował mnie Tom Hanks – koszmar. Jego kreacja to straszne dno, o ile w ogóle coś wykreował. Strasznie bezpłciowy, zero charakteru, a jego mimika na bardzo kiepskim pułapie. Apogeum słabości osiąga w chwili, gdy przekonuje karabinierów w Watykanie. Jest to tak sztuczne, że aż żal się robi tego aktora, który miał trochę udanych ról.
Do filmów tego typu nie pasuje mi Tomasz i lepiej byłoby, gdyby dał sobie spokój z takimi występami.
Śmiało mogę powiedzieć do niego: „pójdziesz z tąd czy nie? Bo jak pirdolnę sikierą!”

W ogóle to film z tego co się orientuje miał być o iluminatach, a wyszła papka dla mas.
Niby coś tam wspominają, ale jak sam film sponsorują iluminaci, to wiadomo, za dużo o sobie powiedzieć nie mogą. „DAJ KAMIENIA!”

Bardzo fajna jest scena z antymaterią, tutaj śmiało mogę powiedzieć, że mnie zachwyciła.
Efekty specjalne na naprawdę wysokim poziomie. Syf totalny lub, jak kto woli: CZEKOLAAADDAAAA”

Kończąc chciałbym powiedzieć, że czuję niedosyt, bo spodziewałem się kina na poziomie. Skończyło się niedobrze, patowo, bez żadnych morałów i brakło dobrej muzyki.

Nie taki Demon straszny jak go malują.

Ocena: 5/10

Maj 15, 2009 at 7:16 pm 4 Komentarze

The Stone Roses – The Stone Roses

stone_rosesObiecałem, iż będzie pozytywnie w tym tygodniu, więc oczywiście dotrzymam obietnicy, ponieważ mam materiał, który mi na to pozwoli. The Stone Roses – zespół szerzej nieznany, muza wyśmienita. Członkowie zespołu to geniusze – za basem fantastyczny Mani(obecnie gra w Primal Scream), Ian Brown – charyzmatyczny wokalista, który nie owija w bawełnę i John Squire ze swoimi gitarowymi czarami. Nie sposób zapomnieć o Renim, perkusiście z najwyższej półki, co zresztą da się usłyszeć w muzyce zespołu.

Band wydał dwa krążki, Drugi niezbyt cieszył się zainteresowaniem, zresztą ja dużo wam o nim nie powiem, bo po prostu nie miałem okazji z nim obcować. Płyta, po której zaczęło się to całe britpopowe szaleństwo.

„I Wanna Be Adored” – klasyk lat 90’, Mani na początku daje nieźle popalić. W tym utworze to właśnie jego partia jest dla mnie najważniejsza. Wokal Iana doprowadza do spazmów, no i świetnie prowadzi się gitara Squire’a.

„She Bangs The Drums” – znów basik rządzi, cała piosenka perfekcyjna. No i za te wersy mają u mnie wszystko:

„Kiss me where the sun don’t shine
The past was yours
But the future’s mine
You’re all out of time”

Kiedyś to sobie napiszę na koszulce.

„Elephant Stone” – tutaj pieczę nad kawałkiem sprawuje John, wycie słonia na początku miażdży.

„Waterfall” – riff za który powinniśmy płacić podatki. Tak jak pierwszy kawałek, jest to typowy klasyk, chociaż nie ma tutaj chwytliwego refrenu. A może She’s a Wonderwall ?
Zajebista solówka na końcu.

„Don’t Stop” – dowód na to, że chłopaki byli niezależni. Bardzo nietypowy kawałek, dużo zabawy dźwiękami, miło się tego słucha. Nazwałbym to eksperymentem.

„Bye Bye Bad Man” – znowu istotna rolu gitary basowej, perkusja w użyciu. Polewkowa piosenka, bawi mnie zawsze tekst w refrenie: „bye bye Bad man, bye bye” od razu mi przypomina jakieś bajki typu Smerfy, w których taki pracuś mógłby tak powiedzieć do Gargamela 😉

„Elizabeth My Dear” – jak można domyśleć się po tekście, piosenka nt. królowej Elżbiety. Fajnie, skromnie, kameralnie. Takie numery są potrzebne na płytach.

„Song For My Sugar Spun Sister” – pozycja obowiązkowa. Kiedy słyszę początek to mi ryje banie. Się Brownowi zebrało na poetę. Myślę, że zwrotki, które śpiewa w tej piosence to dobry przykład na to, że nie trzeba krzyczeć do mikrofonu, aby nagrać coś udanego.

„Made Of Stone” – pierwszy singiel z tego albumu. Kocham ten utwór, a szczególnie partie wokalne, które z radością czasem naśladuję 😉 no i solówkaaaaaa !!!!!

„Shoot You Down” – na miejscu ziomków skopałbym dupę Maniemu, chłopak wyraźnie dominuje na swoim sprzęcie. Taki utworek w sumie, aby odpocząć, bo potem to co się dzieje…

„This Is The One” – pierwsza minuta jest niesamowita, potem od 2:00 do końca trwa katharsis i inne tego typu doznania. Ludzie! Rozpływam się…

„I Am The Resurrection” – ja tu się nie będę wysilać. Piosenka trwa jakieś 3 minuty, a pozostałe pięć to popis gitarowy Johna Squire. Łapcie, zagrajcie sobie 11 sekund z tej solówki. Jeszcze tylko jakieś 4 minuty i będziecie w niebie.

solo2
„Fools Gold” – teraz z kolei przykozaczyć musi Mani. No i robi jeden z pierwszych kawałków, przy którym można spokojnie potańczyć. Człowiek sam się buja w tym klimacie. Nie mam pytań. 10 minut szaleństw na gitarce basowej. WHOAAA!!

No i udało się dokaturlać do końca. Przy tej płycie jest to trudne. Piosenki zazwyczaj są bardzo długie i perfekcyjne. Brakuje mi takiej muzyki… szkoda, że skończyli wspólnie grać. Chociaż podobne klimaty widzę w niektórych utworach „The Pains of Being Pure at Heart”

Przesłuchajcie koniecznie, ale proszę mi tu potem nie ryczeć, że nikt takiej drugiej płyty nie nagra.

Maj 12, 2009 at 8:31 pm 1 komentarz

Efekt Motyla 3

okładka jest ładna ;)Pamiętam czasy, kiedy Efekt Motyla był jednym z moich ulubionych filmów. Potem nieco się zmieniło, gdy obejrzałem dobre kino w większej ilości. Bardzo miło wspominam ten obraz. Zobaczyłem go trzykrotnie i przykuł moją uwagę za każdym razem. Świetne kino, no i piosenka Oasis na końcu :]

Na dwójce się zawiodłem, chociaż w sumie sceny z seksem mi się podobały. Były dosłownie kurewsko dobre. Niedawno przypadkiem się dowiedziałem, że powstała część trzecia. Podchodziłem tak jakoś ze spokojem, bo dobrego wrażenia z jedynki nie zepsuje mi żaden szmelc.

Twórcy trójki zdecydowali, że stworzą mocny thriller. Wyszło im to jednak fatalnie, tego nie dało się oglądać. Albo inaczej: dało się, lecz to zupełnie nie wzbudzało emocji. Każda sytuacja była zwykła, matowa. Jedynym plusem były sceny zabójstw, które budziły nieco niepokoju. W ogóle pomysł na fabułę jakoś mnie od początku nie przekonywał. Dobrze, że mam to już za sobą, ponieważ była to ewidentna padaka.

Może spoglądam przez pryzmat pierwowzoru, który zawiesił poprzeczkę bardzo wysoko, lecz tutaj nic ciekawego nie znajdziecie. Ratuj się kto może! Powinni tego zabronić!

Zakończenie to obraz całego filmu. Przewidywalność do bólu. Aktorów wzięto chyba z pierwszej serii Power Rangers, bo nie bardzo wychodziła im gra. W obraz ciężko się w ogóle wkręcić, ale tak to jest jak biorą się za coś nieodpowiedni ludzie, a następnie żerują na tytule.

Szkoda mojego i Waszego czasu, aby wspominać nt. tej katastrofy. Już lepiej spędzić te 90 min. w toalecie. Jaki film, taka notka. Mogłem o tym nie pisać, mogłem zrobić coś innego – posprzątać w pokoju, wyprać telewizor, czy umyć skrzynkę high voltage. Doceńcie, więc mój trud, który musiałem pokonać, by ostrzec was przed tym łachmaństwem. Obrady sejmu są ciekawsze.

W tygodniu napiszę coś pozytywniejszego.

Ocena: 0,0000/10

Maj 10, 2009 at 10:15 pm 1 komentarz

Majówki 2009 !

Majówki za pasem, wydarzenia kulturalne już się zakończyły. Jutro znajomi mają maturki, a ja sobie mogę w spokoju poczekać jeszcze rok. Zbliża się lato, a ja lubie czegoś mocniejszego posłuchać, gdy ciepło, więc Metallica – Kill’em All. Cóż całkiem mi się podoba, więc będę mieć alternatywę dla System of a down i Iron Maiden. Posłuchajcie solówki w The Four Horsemen, przechuj! Jednak tutaj majówki prym wieść mają, więc w boczny tor Hetfieldów odstawiają.

DZIEŃ PIERWSZY:

Mieliśmy w sumie niezłą rozkminę z Marianem, bo od dłuższego czasu planowaliśmy ten dzień w J-L. Głównie dlatego, iż grało tam T.Love, a potrzebowaliśmy tego optymistycznego flejvoru niesionego przez Muńka i spółkę. Od początku:

Dotarliśmy o godzinie 18(jeżeli dobrze pamiętam). Niestety grypa żołądkowa nieco ograniczała me zdolności do wszystkiego(szczególnie alkoholu). Dlatego też musiałem pić Beskid Zdrój?

18:00 – Zbigniew Foryś Band.

Klęska jak chuj, dużo amerykańskiego dadrocka, za którym nie przepadam. Ale frontman zjebał sprawę, mówiąc, że The Rolling Stones to zespół amerykański. Koleś stracił u mnie szacunek, mimo zagraniu 3 coverów tejże grupy.

19:00 – RH+

Zespół grał w swoim rodzimym mieście. Strasznie się sprzedali no i ‘nieco’ gwiazdorzą. Kiedyś mój brat był z nimi na grillu i byli to całkiem mili ludzie. Teraz na siłe chcą być fajni. No, ale jaka muzyka takie fanki – 12 latki. Chociaż zasmucił mnie fakt, kiedy zauważyłem kolesi w wieku 16-20 lat, którzy śpiewali: „jeeezu to znowu się stało…” no comments.
Najlepszy był taki afro-ziomek, który robił sobie z nich bekę i udawał oddanego fana 😀

LOL ROKU:
„Więc podnieś swoją twarz i przytul swoją dłoń” CO ZA GÓWNO!

21:00 – T.LOVE

To była dobra akcja. Udało się nam dostać pod barierki. Kawałki T.Love znaliśmy niemal wszystkie. Zdarłem ryja, lecz było warto. Jak tylko puścili „Jazz nad Wisłą” to mnie dorwało ADHD i Świńska Grypa, no i rozjebałem połowe ludzi. Przez co się na mnie oburzali, ale chuj im w kakao, jak się bawić nie potrafią. No, nie będę wspominać o 3/4 towarzystwa, które znało tylko jedną piosenkę. To było żałosne, kiedy zwrotki z Munkiem śpiewało może 5 osób, a reszta stała wryta jak knur w koryto i głupio się uśmiechało. Jeden koleś wbiegł na scenę bo chciał być fajny, ale szybko się ulotnił. Ochroniarze go złapali, a wokalista T.Love powiedział: „tylko nie bijcie chłopaka”. A ja w sumie jestem za tym, żeby chuja spałować! W morde mu, pałką!

Opinia Mariana:

„Osobiście sadze ze Muniek jako jednostka którą tak wyraźnie podkreśliła publika ;)) wbrew etyce koncertowej solidarności wzbudził we mnie uznanie gdyż potrafił odwalić swoje nie bacząc na publikę która nie do końca była pewna integralności z muzyka szczególnie obrazował to ich niekonwencjonalny taniec ;p a co do moich własnych doznań są pozytywne chociaż kryteria dobrej zabawy są bardziej zróżnicowane niż typowych festyniarzy i oczywiście miałem swojego bonusa tudzież nagrodę za darcie ryja – ajrisz na zawołanie.”

DZIEŃ DRUGI:

6:00 – 18:00 – różne chore akcje, co ja tu wam będę dupe truć. No tylko się pochwalę, że upiekłem zajebistego murzynka, a jak wróciłem do domu to już kurwa zostały tylko 3 kawałki 😦

22:00 – DODA !!!!

To był dopiero koncert! Dżaga normalnie, wszystkie opalone technoboje z bmw były w swoim żywiole. Dresom nie bardzo podobała się ta oprawa, oni wolą Popka i Firmę.
W ogóle strasznia pizda, nie dość, że śpiewała gorzej od tego przychlasta z RH+ to jeszcze zatruwała środowisko, – zbotoksowanym ryjem i silikonem. Ale wy wiecie, jaka jest mentalność polaków. Wszyscy się śmieją z Dody, a jak przyszło, co, do czego, to frajerzy nawet śpiewali piosenki i podskakiwali, bo to było takie tru i dżezi. W sumie dzięki naszym zajebistym urokom udało się łatwo złapać stopy w dwie strony, więc dojazd był za free. Tylko i tak dyche popłynąłem na tym gównie, bo się okazało, że kiełbasa tyle kosztowała…
No i jeszcze gorączka mnie złapała potem…
I dostałem zjebe od trenera, że nie byłem na meczu i nasz zespół przegrał 4:1, ale co ja poradzę, że brzuch mnie napierdzielał.

Opinia Mariana:
„a co do dody nie mam weny wole poczytać Wertera i jego żałosną miłość, była mniej tandetna:)”

DZIEŃ TRZECI:

Spanie do 12, potem usiadłem sobie za domem – skosztowałem cudownej jogobelli do picia(smak miażdżący). Następnie tahaczka z marianem w piwnicy, jak przystało na niedziele. Opcja most i tego typu akcje. Meczyk seniorów mojej drużyny, który zwyciężyli 4:2. Sędzia z Fryzjerem był umówiony. 90 minuta, rzut karny z dupy dla drużyny gości. Nasz bramkarz obronił, wszyscy się cieszą, a sędzia każe powtórzyć strzał [‘] Jak nietrudno się zorientować – wpadło…

A teraz w sumie to tutaj tłamszę tą notkę dla blogowych zawadiaków!

Narazie Drodzy Kochani Zajebiści Genialni Czytelnicy.

ps. jutro będe mieć arkusze maturalne  ze wszystkich przedmiotów. Piszcie na mail, podany z prawej strony, to wyślę.

Maj 3, 2009 at 7:30 pm 4 Komentarze


Brzozaw 8)

Człowiek lub istota człowieczo podobna pisząca na temat ciekawych krążków rockowych, A.C. Milan, Oasis i filmów.

Piszę o tym, o czym korwa chcę pisać.

Mój last.fm znajduje się tu:
http://www.lastfm.pl/user/brzozaw
GG: 9328484

Cheers!

Czego słucham w tej chwili?

Kalendarz

Maj 2009
Pon W Śr C Pt S N
« Kwi   Czer »
 123
45678910
11121314151617
18192021222324
25262728293031

Co oznaczają cyferki ;)

10 - Klasyk
9 - Zajebiste
8 - Bardzo dobre
7 - Dobre, ale...
6 - Prawie dobre
5 - Przeciętne
4 - Słabe
3 - Żenujące
2 - Katastrofa!
1 - Twoja Stara

Kategorie

Takie tam ;)

  • 39,417 wejść