Archive for Marzec, 2009

Oasis – Definitely Maybe

zajebista okładkaW Polsce nigdy nie darzono ich sympatią. Mało kto dzisiaj o nich pamięta, jeśli już to kojarzy „Waterfalla” 😀 Osobiście jest to mój ulubiony, o ile nie ukochany zespół. Może nie grają ambitnie jak Pink Floyd, nie biegają po scenie podczas koncertów vide Guns ‘n’ Roses i z kulturą mają niewiele wspólnego. Jednak ich muzyka to, pomimo zniżania ich przez wielu do britpopowych chłopaczków, kawał dobrego rocka. W naszym kochanym kraju, traktowani są jako grupa, która tylko zrzyna z The Beatles, a rodowici dziennikarze widocznie nie chcą poprawić ich wizerunku i naklejają im tą etykietę przy każdej okazji. Myślałem nad WTSMG, lecz najpierw o „Definitely Maybe”.

„Rock ‚N’ Roll Star” – jeden z moich ulubionych kawałków do śpiewania. Wszystko jest tu na swoim miejscu, a jak sam tytuł wskazuje, utwór mówi o Liamie. Specyficzny klimat towarzyszy od początku.

„Shakermaker” – były dymy za tą piosenkę, ponieważ jest podobna do starego numeru, który reklamował Coca-Colę – „I’d Like to Teach the World to Sing”. Na niektórych koncertach młodszy Gallagher śpiewał powyższy, cytowany fragment(nie ma go w piosence), ale chyba tylko, dlatego, że był naćpany.

„Live Forever” – szczyt możliwości Noela, bowiem lepszej kompozycji już nie napisał. Piosenka dedykowana zmarłym muzykom, a w szczególności Johnowi Lennonowi(Liam do dzisiaj myśli, że jest jego drugim wcieleniem 😉 ) Najlepsze wykonanie jest na krążku dvd zespołu „There and then”.

„Up In the sky” – genialny refren, sam numer nie jest jakoś specjalnie wybitny. Chociaż jak się słucha płytę od początku do końca to można spędzić przy nim miłe chwile.

„Columbia” – kiedyś nie przepadałem, ale teraz to dla mnie mistrzostwo. Zwrotki miażdżą, szczególnie pod względem wokalnym. Następnie – „This is confusion, am I confusing you?”, a potem „Come on, come on, come on, come on, come on…” Yeah yeah yeah. Odjazd. Słuchając, czujesz się najważniejszym człowiekiem na Ziemi.

„Supersonic” – singiel, od którego się wszystko zaczęło. Mega wyjebana ściana dźwięku, dużo solówek, Liam w świetnej formie, może frytki?

„Bring It on Down” – “You’re the outcast – you’re the underclass
But you don’t care – because you’re living fast” Tego powinni słuchać “Górnicy w Tokio”, których serdecznie pozdrawiam.

„Cigarettes & Alcohol” – wszyscy, w okół pieprzą, jakie to nie zdrowe. Ja też tak pieprzę, bo nie jaram. Pamiętam czasy, jak palacze uważali się za dorosłych, teraz to trochę zanikło. Z alko to różnie, ale raczej na nie. Gallagherowie od używek nigdy nie stronili, więc poświęcili im numer, a szkoda, bo Liam przepił głos.

„Digsy’s Dinner” – bardzo przyjemny kawałek, chociaż nie bardzo rzuca się w oczy. Chwytliwy refren i bardzo przyziemny tekst, do czego w sumie można się przyzwyczaić, bo ciężko w piosenkach Oasis doszukiwać się głębokiego przekazu.

„Slide Away” – mój ulubiony kawałek nr. 2 na Definitely Maybe(nr.4 jeśli chodzi o Oasis). Piękny tekst traktujący o miłości, ulubiona piosenka miłosna Paula M’Cartneya. Jej geniusz, najlepiej zdefiniował sam autor – Noel Gallagher: „Wytwórnia chciała to wydać, po „Cigarettes and Alcohol”, ale ja powiedziałem im, że nie mogą wypuścić 5 singli z debiutanckiego albumu, bo musieliby zafundować mi prywatny odrzutowiec. Wtedy Michael Jackson wydawał po 5 singli a on miał małpę i odrzutowiec, a ja nie chciałem małpy, ale pieprzony samolot jak najbardziej.”

„Married with Children” –na koncertach z Liamem, zawsze grane z pełnym osprzętem. Na albumie jest skromnie, akustycznie i świetnie zarazem. „Twoja muzyka jest gówniana i nie opuszcza mnie przez całą noc”.

I tak dobrnąłem/dobrnęliśmy drodzy czytelnicy do końca, o ile Wam też się ta sztuka udała.
Jak mi się kiedyś będzie nudzić to zapodam skany z książeczki do płyty, bo są w niej bardzo fajne zdjęcia. Mam nadzieję, że zachęciłem Was do przesłuchania. Dobranoc 😉
Oasis 1994

Reklamy

Marzec 29, 2009 at 8:27 pm 5 Komentarzy

Gran Torino – recenzja

Gran TorinoNajnowsze dzieło Clinta Eastwooda wgniata w ziemię, występują problemy z napisaniem czegokolwiek nt. Gran Torino. Majstersztyk, który wpierdala Batmanów, Buttonów, a nawet i Wrestlerów czy innych Przedostatnich Samurajów.

Obsada aktorska w głównej mierze anonimowa, dziarski, stary Clint trzyma się całkiem nieźle. Koleś robi wszystko z taką łatwością i geniuszem, że żadne cycki Penelope Cruz z Elegii nie mogą się w z tym równać, a jest na co popatrzeć.

Zaczyna się od pogrzebu, mistrzowska żonglerka fucków trwa prawie dwie godziny. Klimacik jest, fajne wątki są i swoboda, przez, którą film nie ma szans na nagrody rozdawane przez starych kapucynów i młode suki. Można zarzucić, że jest nietolerancyjnie, rasistowsko, kurewsko nie miło względem Azjatów, bądź murzynów(„Co te asfalty zamierzają?”), ale tutaj każdy(biały również) dostaje po dupie –
„Co to w ogóle za gówniane brachowanie? Chcesz być zajebistym luzakiem czy co? Nie chcą być twoimi brachami i wcale im się nie dziwię. Zabieraj stąd to cipowate dupsko.”
gran-torino-clint-eastwoodTakiego sajgonu to wam nie zafunduje „Gulczas, a jak myślisz?”. Teatr jednego aktora to mało powiedziane, tutaj nie ma miejsca dla innych cieniasów. Apogeum szczerości, walenia prosto z mostu i groźnych min głównego bohatera. Scena, w której chcą go przekonać na dom starców to już dla mnie kanon filmowy. Mina Clinta mówi jedno; „wypierdalać”. Rodzinka materialistów to też niezłe kurestwo, jednak widać, że od początku do końca, posiwiały gwiazdor miał scenariusz dopięty na ostatni guzik. „Rozmowy” zwaśnionych sąsiadów podczas pierwszych minut wyglądają jak te prawdziwe.

Ludzie! Oglądać ten film, bo to jest przełomowe dzieło. Może was zirytuje końcówka, ale co tam. Respekt dla autora, ja się nie spodziewałem takiej rozpierduchy. Niektóre sceny pobijają Arnolda z Terminatora, a już szczególnie „Il be back” na imprezie. Prawiczki z seminarium: do dzieła!

Na sam koniec

„Opowiem wam kawał.
Meksykanin, Żyd i kolorowy wchodzą do baru…
Barman na nich patrzy i mówi: „Wypierdalać stąd”.

Ocena 10/10 !

Marzec 20, 2009 at 10:56 pm 2 Komentarze

Placebo – Without You I’m Nothing

without you im nothingW ramach standardowego cyklu, który się rozpoczał tydzień temu – kolejna płyta, którą trzeba znać. Szczyt możliwości Placebo, czyli „Without you i’m nothing”. Placki w Polsce lubiani są i to nawet bardzo, koncertują często – w tym roku zagoszczą na Openerze.
Ja tam jakąś szczególną miłością nie darzę ich muzyki, aczkolwiek WYIMN to dla mnie coś niesamowitego, dopracowanego w niezwykłym stopniu. Myślę, że rozpracowanie dzieła Molko jest jednym z trudniejszych zadań, jeśli przyrównać je do typowej muzyki rozrywkowej, której elementy Placebo zawiera.
To jest właśnie niezły paradoks w ich twórczości – klimatycznie piosenki odbieram negatywnie, wywołują emocje, ale tych pozytywnych jest tu jak na lekarstwo. Uśmiechnąć się mogę po wyjęciu płyty z odtwarzacza. A jednak wraca się, co jakiś czas, bo to jest dobre na swój sposób. Zaczynam.

Pure Morning – genialnie zaaranżowane, szorstki przekaz w połączeniu z agresywną grą gitar i elektroniką. Wokal odbija się w pewnym stopniu od perkusji. Przyjaciel z trawą jest lepszy.

Brick Shithouse – na dobrych głośnikach lub słuchawkach początki są bardzo przyjemne, w utworze dzieje się dużo. Muzycznie jest bogato, tekstowo – narzekanie, narzekanie, narzekanie, proszę się przyzwyczaić.

You Don’t Care About Us – najbardziej radiowa piosenka na WYIMN, takiego popowego Placebo już nigdzie nie znajdziecie. Molko, w jakimś stopniu, próbuje się rozprawić z pędzącym światem, szukaniem rozrywki w cierpieniu drugiej osoby, co najlepiej obrazuje teledysk.

Ask For Answers – podoba mi się tu niemal wszystko. Boski wokal, szczególnie w trakcie refrenu. Jego ostatnie wykonanie powala. Dużo emocji, chociaż trzeba wczuć się w całość.

Without You I’m Nothing – dla mnie jest to pierwszy punkt kulminacyjny Placebo. Tik-tak, tik-tak… Nietuzinkowa opowieść o związkach pomiędzy ludźmi. Instrumentalnie – zwłaszcza w wykonaniach live, czuje się jakbym siedział w piekle, a to chyba dobrze, bo diabeł pod postacią gitary Molko brzmi nieczysto 😉

Allergic – znakomicie narastająca fala dźwięku, dosyć nośny i szybki kawałek. Szkoda, że już tak nie tworzą. Najlepiej brzmi w Paryżu 2003 na oficjalnym wydaniu zespołu.

The Crawl – ja to widzę tak: wchodzisz do burdelu, seks, ulga, miłe słówka, RACHUNEK.

Every Me Every You – w pewnym sensie, streszczenie przelotnej znajomości. Piosenka ma zacięcie popowe, ale tekst bardzo brutalnie odnosi się do szybkiej, łatwej i przyjemnej miłości.

My Sweet Prince – drugi punkt kulminacyjny (mimo, że to nielogicznie). Rytm bicia serca, melodia, która sprawia wrażenie niedokończonej, głos Molko i tekst, który próbuje połączyć kobietę z heroiną. Mimo, że słowa kierowane są do faceta, widzę tam raczej żeńską płeć.

Summers Gone – bardzo przyjemny wczesno-jesienny klimacik, zawiera elementy wesołe i w sumie utwór mógłby się wyłamać z konwencji walenia, smutów, ale Stefan się odzywa i nikomu nie jest do śmiechu.

Scared Of Girls – dosyć rozbudowana kompozycja, dobrze się tego słucha i perkusista daje o sobie znać. Najciekawsza ostatnia minuta.

Burger Queen – wprowadza w bardzo fajny nastrój, mimo, że to utwór o pedale/pedałach. W sumie jako zakończenie spełnia swoją rolę.

Krążek dla wytrwałych. Może denerwować ta cała ‘pedalska’ otoczka, o której ciężko nie wspomnieć, gdy mówimy o zespole. Warto posłuchać, dzisiejsze Placebo mimo niewielkiej ewolucji, to już nie to samo. Zobaczymy, co pokażą na nowym materiale, ale Without You I’m Nothing już nie przebiją. Jak by to powiedział Krzysiek Kononowicz – „oni zrobili wszystko! Dla młodzieży i dla ludzi”

Marzec 15, 2009 at 9:40 pm 4 Komentarze

Travis – The Man Who

The man whoWitam stałych bywalców, jak i przelotnych czytelników. Dzisiejszy wpis otworzy listę moich ulubionych krążków, o których tutaj w sumie nie pisałem, a myślę, że warto do niektórych płyt zachęcić odbiorców. Dzisiaj na czynniki pierwsze, rozłożę: Travis – The Man Who.

Płyta, o której powiedziano już wszystko, ale ja powiem więcej. Franek Healy to dla mnie mistrz tworzenia chwytliwych piosenek, no może nieco mniejszy od Noela Gallaghera.

Kawałków – wymiataczy jest tu pełno, każdy znajdzie coś dla siebie. Travis miał być ostatnio pierwszy raz w Polsce na Cracov Screen Festiwal, ale miasto zrezygnowało z tego przedsięwzięcia, a szkoda, bo Szkoci mają bardzo dobrą muzykę.

Writing to reach you” – singiel, o którym nie da się nic powiedzieć, po prostu trzeba to przesłuchać i znać, tak jak zdrowaśkę, bo od tego on jest, od tego jest on, od tego jest.

The Fear”- przygnębiająca próba rozprawienia się z odbiorcą. Nawiązując do tytułu to strasznie szybko wpada w ucho. Dla mnie mistrzowski jest moment; „But here, Closer every year, So near”, mogę tego słuchać z tysiąc razy i dalej będzie mnie to zachwycać. Może kiedyś osiągnę jakiś stan nirwany.

As you are” – można narzekać, że Franek znowu przymula – nic bardziej mylnego on tu jeszcze pokaże pazur. Bardzo dobre partie gitary i melodyjność. Co prawda tekściarzem na miarę Morissey’a to Healy nigdy nie będzie, lecz nie o to chodzi w muzyce Travis. Solówka niczym u Slasha, – czyli jest dobrze.

„Driftwood” – kolejny singlowy kawałek, jeden z pierwszych numerów Szkotów, jaki poznałem. Od razu mi się spodobał i zostało tak do dzisiaj, no może czasem denerwuje mnie refren.

„The Last Laugh Of The Laughter” – nie sugerujcie się tytułem, tutaj nie znajdziecie ani krzty humoru. Melancholia zbudowana na pianinie i akustycznej gitarze. Mniej wytrwali, zasną. Ja tam się nie zachwycam, ale też nie usypiam.

„Turn” – kiedy zobaczyłem teledysk(jakieś 2 lata temu) to się nieźle uśmiałem. Najpierw członkowie zespołu nawijają o dupie marynie, a potem wokalista robi pompki. Pewnie dostał jakiś omnadren w poślady przed kręceniem teledysku, bo nieźle mu to idzie. Przychodzi do niego jakaś fajna laska, gadają, potem robi miny jakby siedział na klopie. Późnym wieczorem kilka dresów z blokowiska biegnie za prawowitym obywatelem i zapewne skończy się na obiciu pyska. Jednym słowem jest zabawnie, chociaż Re-Offender nie pobiją, tam to dopiero lecą ciosy. Istny Fighting Force.

„Why Does It Always Rain On Me?” – klasyk, każdy skądś kojarzy. Często leci w radiu, dupom się podoba, no i mi się podoba, a więc gitara gra.

„Luv” – tak naprawdę jedyny słaby moment tego krążka. Od 3 minuty zaczyna się piękne granie, ale to trochę za późno. Na plus również to, że nie ma tu typowego refrenu i utwór jest trochę niekonwencjonalnie złożony.

„She’s So Strange” – każde wejście wokalu Francisa to majstersztyk. Muzycznie dosyć rozbudowana kompozycja, chociaż trochę mało w niej ostrości, tylko początek w nią obfituje. W ten kawałek trzeba się po prostu wkręcić.

„Slide Show” – najlepszy akustyczny kawałek Travisa. W tle wiolonczela, a potem prościutka solówka. „But there is a slideshow and it’s so slow, flashing through my mind”, strasznie ściska w klacie.

„The Blue Flashing Light” (ghost track) – dziwie się, że tak dobry utwór został schowany na końcu. Myślę, że mógłby spokojnie zastąpić Luv.

Zdecydowanie najbardziej spójna i ciekawa płyta szkockiej grupy. Szkoda, że to nie tutaj były „All I Want To Do Is Rock” i „U16 Girls”, wtedy wszystko współgrałoby maksymalnie.
Może nie najważniejsza, ale z pewnością najbardziej chwytliwa płyta w moim mniemaniu(nie licząc Oasis). Troszkę zabrakło jaj na coś w stylu, „U16…”, lecz można to wybaczyć. Polecam.

Marzec 8, 2009 at 5:31 pm Dodaj komentarz

Szop, szop, szopka.

SzopaZastanawiałem się, o czym napisać w dzisiejszej notce. Klepnę coś pod wpływem impulsu, bo czasem można powiedzieć o trzy słowa za dużo, a akurat tutaj mogę klepać i nawet o cztery słowa. Jem dzisiaj śniadanie, jakaś 12:00 i jak to bywa w polskich domach, leci coś w TV. Rzadko oglądam ten przestarzały środek informacji(nie zawsze obiektywnych) i raczej nie szukam w nim rozrywki. Chociaż zdarza mi się przy kolacji luknąć na „Fakty” w TVN i TVP, a przy tym oczywiście nie brakuje komentarzy, jak Durczok i znajomi piorą ludziom mózgownice.

Dzisiaj natknąłem się na program, co się zowie „Anarchia: 39 i pół – kulisy serialu”, jeśli dobrze pamiętam z telegazety. Zażenowanie oczywiste. Wywiad z tym całym Karolakiem to jakiś gnój był. Koleś pieprzy slogany na temat buntowniczej, brudnej muzyki, na której podobno się wychował, a 10 sek. Później chwali pod niebiosa(weźcie głęboki oddech) Blog 27, a na końcu z nimi „gra”. Ziomek to w ogóle jakieś nieporozumienie. Tomasz chce być bardzo fajny i muszę przyznać, że mu to wychodzi, bo serial ma już dosyć dużo fanów. Oczywiście był fragment jak w jakimś odcinku zostaje zaproszony do „Dzień Dobry TVN”, co już przelało czarę goryczy.

Radzę ITI zmienić nazwę swoje stacji na TWA – towarzystwo wzajemnej adoracji. Wszyscy tam jadą po Tadeuszu z Radia Maryja(zapewne zazdroszczą mu profitów), a sami poprzez takie „seriale” wychowują sobie bydło, któremu nawet gówno się spodoba. Przy tej produkcji tak naprawdę to nawet kinderpunki wysiadają. ITI w ogóle jest bardzo inteligentne, wbrew pozorom, oni wiedzą jak zainteresować ludzi. W naszym kraju ostatnimi czasy zrobiła się moda na taniec – to tańczą gwiazdy, ju ken dresy i tego typu postacie, a hype potrafią nakręcić do perfekcji. Właśnie dowiedziałem się o filmie „Kochaj i tańcz”, no kurwa…, za jakie grzechy. Już widzę te pytania między ludźmi, tak jak kiedyś:

„ (xx) – oglądałaś Step Up 2?

(x) – tak

(ja) – przestańcie, to pojebany film

(xx) – sam jesteś pojebany.”

Czemu musimy wszystko łykać z USA 😦 srał pies na halołiny, ale np. filmy. Polskie kino zawsze było ciekawe, ambitne i zabawne. Pamiętacie Kilera? Kogiel Mogiel? Nic Śmiesznego? Dzień Świra? To są filmy i tworzone przez naszych i w oparciu o polskie poczucie humoru. Teraz w towarzystwie, jak nie będziesz znać „Kochaj i sraj” to nie będziesz tru i w ogóle. . .

Ostatnio to się nawet zastanawiam czy to nie wracają lata 80-te, wg. Mnie czasy największego kiczu. Też wielka moda na taniec, brylantyna, Modern Talking. Na szczęście pojawili się Guns n’ Roses, którzy odeszli od pudelmetalu, The Stone Roses, a sobą zostali The Smiths. Potem Nirvana, Oasis, czyli dobra muza, a teraz znowu te korestwo. Czasem nawet żałuje, że młodości nie przeżywałem w latach 90’, bo wtedy nawet mainstream oferował muzykę na poziomie. Muzyka gitarowa znów zaczęła się cieszyć popularnością w naszym kraju. RH+, Feel, Manchester to krótkie przykłady na to jak się sprzedać. ITI trafiło, więc w samo sedno gustów, wyprodukowało cukierkowy serial o „punku”, brudnym, złym i anarchicznym. Moim zdaniem ta produkcja powinna być zlikwidowana już po intro, w którym, jak zapewnie wiecie, gości piosenka zdziczałych buhajów z Sopotu.

Dowartościowałem się, dziękuje za uwagę. Może kiedyś zrobię opowiadanie o człowieku XXI wieku.

Marzec 1, 2009 at 9:15 pm 7 Komentarzy


Brzozaw 8)

Człowiek lub istota człowieczo podobna pisząca na temat ciekawych krążków rockowych, A.C. Milan, Oasis i filmów.

Piszę o tym, o czym korwa chcę pisać.

Mój last.fm znajduje się tu:
http://www.lastfm.pl/user/brzozaw
GG: 9328484

Cheers!

Czego słucham w tej chwili?

Kalendarz

Marzec 2009
Pon W Śr C Pt S N
« Lu   Kwi »
 1
2345678
9101112131415
16171819202122
23242526272829
3031  

Co oznaczają cyferki ;)

10 - Klasyk
9 - Zajebiste
8 - Bardzo dobre
7 - Dobre, ale...
6 - Prawie dobre
5 - Przeciętne
4 - Słabe
3 - Żenujące
2 - Katastrofa!
1 - Twoja Stara

Kategorie

Najpopularniejsze wpisy

Takie tam ;)

  • 39,453 wejść