Archive for Luty, 2009

Mayday – okiem autora

Mayday

Zdecydowałem po spektaklu, że nie napiszę notki na „świeżo”, ponieważ chciałem podejść nieco z perspektywy czasu do przedstawienia, który dane mi było obejrzeć.
Odkąd zobaczyłem „Smycz”, o której pisałem jakiś rok temu, zmieniłem nieco poglądy na teatr, a już na pewno na sztuki w nim wystawiane.

Mayday opowiada o taksówkarzu bigamiście, resztę możecie dopowiedzieć sobie sami.
Większość żartów jest na niskim poziomie intelektualnym, ale rozbawią nawet największych ponuraków, więc tutaj show wiele zyskuje. W drugiej części spektaklu, nieco irytowały mnie zbiegi okoliczności, spektakl w znacznej mierze się na nich opiera, jak dla mnie jednak trochę za dużo tego rodzaju komizmu.

Dialogi są boskie, praktycznie w każdym można wyłapać coś zabawnego. Postać Stanley’a zasługuje na wszelkie nagrody. Uwagi młodzieńca świetnie trafiają w żargon całego przedstawienia. Jego dopowiedzenia miażdżą, niszczą i tłamszą. Główny bohater jest niezły, ale nie przypadł mi do gustu. Pierwsza żona naszego taksówkarza to pokaz genialnej charakteryzacji. Inspektorzy Troughton i Porterhouse są tak wnerwiający, że szok. Dopiero później stają się bardziej zabawni. To wynika jednak tylko ze scenariusza i jest świetne, ponieważ obaj pokazują swoją drugą twarz w sposób iście pieczołowity i tutaj pokłony dla aktorów.

Brakuje mi nieco muzyki, którą uważam za nieodłączna, jeżeli chodzi o przedstawienia. Z boku spektakl wygląda trochę na dłuższy kabaretowy skecz. To może nieco irytować, bo aktorzy non stop tylko nawijają i nawijają. Scenariusz jest spójny, składny i dobrze przemyślany. Cena za bilety nie jest wygórowana, a i częstotliwość wystawiania przedstawienia w różnych miastach jest bardzo duża, więc zdobycie wejściówek nie powinno stanowić ogromnego problemu.

A teraz kilka słów, którymi można by zamknąć historię „Mayday”. Sądzę, że ewentualnym ciekawskim, spodoba się to, co ujrzą za kurtyną. Przedstawienie, które ma już prawie 30 lat przetrwało próbę czasu i w dalszym ciągu potrafi dostarczyć rozrywki staremu jak i nowemu pokoleniu. Z racji szacunku do twórców, oceny nie wystawię.

Mayday, mayday, mayday!

Reklamy

Luty 22, 2009 at 9:20 pm Dodaj komentarz

Ólafur Arnalds: Eulogy for Evolution

eulogy for evolutionZ mroźnej Islandii, gdzie niegdyś zamieszkiwali wikingowie, wita wszystkich Brzozaw.
Kraj ten dla mnie to jedna, wielka, niewiadoma. Z tego powodu nie będę pisać o tym, jakie atrakcje czekają na was w związku z odwiedzeniem tej mroźnej krainy. Piosenkarka „Björk” czy alternatywny zespół Sigur Rós to jedyne osobniki znane przeze mnie z tego kraju. Dywagowanie na temat tego, dlaczego ludzie nie przepadają za muzyką z zimnych nacji nie ma najmniejszego sensu, większość woli zaopatrzyć się w wesołe rytmy z Feelem, Dodą czy innym One Republic, bo zapewne bardziej „wpadają w ucho” i znajomi tego słuchają.

Autor ostrzega: PRZED PRZECZYTANIEM ZAPOZNAJ SIĘ Z TREŚCIĄ UTWORÓW, LUB SKONSULTUJ SIĘ Z LEKARZEM BĄDŹ BRZOZAW-em. PŁYTA WYWOŁUJE STANY LĘKOWE, PRAWIE DOPROWADZA DO PŁACZU I MOŻNA DOSTAĆ HIV-a.

Persona imieniem Ólafur Arnalds nic mi nie mówiła. Dość szczęśliwie na nią wpadłem, ponieważ przeglądałem listę dotychczasowych bandów, które zawitają na OFF-ie.

Nagle widzę tego 21 letniego pana, odtwarzam pierwszy utwór(3055), jak się potem okazało – singlowy. Kilka sekund. Słucham, myślę: no cóż pianino zawsze miło dla mnie brzmi. Wchodzi wiolonczela – zaczyna się. Dźwięk jakby podmuch wiatru podczas zimowego spaceru. Oba instrumenty łączą się niczym idealnie dobrana para. Ciarki na całym ciele. Tego się nie da opisać. Wejście perkusji rozpieprza motyw. Fragment od 3:46 do 4:52 można porównać do szczytowania, ale na pewno nie męskiego, bo trwa za długo. Stopniowe wyciszenie, 4:56 do niemal końca utworu, coś niesamowitego, ale nie wiem czy to instrument czy jakaś elektronika.

Ciężko w ogóle mówić o pojedynczych utworach, bo dzieło Islandczyka brzmi bardzo spójnie i można było by je nagrać w jednym kawałku. Intro jest skromne, ale bardzo subtelne. Kiedy wchodzą w nim smyczki to przeżywamy spazmy i szczere emocje, które często wywołuje ta płyta. Jeśli słyszymy końcówkę pierwszej piosenki, wiemy, że będziemy mieć do czynienia z czymś nietuzinkowym. W „0048/0729” jest coś ujmującego. Świetnym pokazem umiejętności Arnaldsa może być utwór czwarty. Przejścia są bardzo pomysłowe, klimat strasznie rusza.

Ponad ośmiominutowy „1953” to majstersztyk. Jego brzmienie ociera się o perfekcję. Pierwsze 3 min. to muzyka kojarząca mi się ze śmiercią kogoś z bliskich. Dosłownie kilka sekund później występuje bardzo negatywne uniesienie, które znamionuje nam jak mroczne jest oblicze życia na świecie(przynajmniej ja tak odbieram te momenty). Pauza wydawałoby się jest po to, abyśmy przeżyli katharsis, ale nie! Smyczki po chwili grają z taką zawziętością jakby krzyczały i za każdym razem wbijały sztylet w każdą część naszego ciała. Kiedy nie ma już nadziei pozostają ciche pomruki i cisza.

Mamy następnie jakby zmartwychwstanie w 3055, o którym pisałem na początku. W końcu nadchodzi czas na dwa ostatnie numery. Siódemką dowodzą smyczki, tym razem one przejmują kontrolę nad utworem. Zaczyna się jakby płaczem, stopniowo przechodzi w ostry bunt, łkanie i znowu agresywne natarcie. Ukojenie przynosi nam outro, jednak może nam się tak tylko wydawać. Elektroniczny chaos burzy wszystko, co do tej pory spotkaliśmy, a kończy się genialnym przejściem, podczas, którego myślimy, że nasze głośniki odmawiają posłuszeństwa. „Eulogy for Evolution” kończy się dźwiękami, podobnymi do tych z kościelnych organek.

Uff, słucha się tego tak przyjemnie, a piszę strasznie ciężko. Chociaż mój opis zapewne nie oddaje nawet 1% tego, co możecie usłyszeć. Zakończę tak jak mam to w zwyczaju. Olek, kurwa kupiłeś mnie, jak nie wpadnę na twój występ podczas Off-a to przyślij mi bombę pocztą.

Ocena: 9,5/10


ps. Proszę się nie śmiać z moich „interpretacji” poszczególnych fragmentów, ponieważ ta muzyka robi z człowiekiem coś dziwnego.

Nie słuchajcie tego za często, bo jeszcze się powiesicie.

Czemu nie 10/10 ? Dlatego, że krążek jest odrobinę za smutny.

Luty 12, 2009 at 1:51 pm 1 komentarz

„Ciekawy przypadek Benjamina Buttona”

Benjamin ButtonNiestety lub stety dla czytelnika, nie wywiąże się z umowy dotyczącej końca opisu filmów z 2008 😉 Chciałbym skończyć z tym ohydnym nałogiem, ale jak to bywa w tego typu sytuacjach, o takich rzeczach po prostu trzeba powiedzieć.

„Ciekawy przypadek Benjamina Buttona” to film niezwykły, nietuzinkowy i oryginalny,(mimo, że scenariusz opiera na książce o tym samym tytule) i bardzo długi. Benjamin(Brad Pitt) przychodzi na świat jako stary schorowany człowiek. Jego wygląd przestraszyłby niejednego, ponieważ ciało ma pomarszczone niczym stara babcia.

Można by tu jeszcze długo mówić o historii głównego bohatera, ale nie będę wam opowiadać całego dzieła. Istotną rolę w filmie pana Fincha gra czas. Jest on, bowiem sprawcą wszystkich dobrych i złych rzeczy. Co by się jednak stało, gdyby zegarek chodził do tyłu zamiast do przodu? Gdybyśmy mogli cofnąć się o chwilę i poprawić, co nieco, spotkać się z kimś ponownie i inaczej podejść do sprawy. Reżyser podejmuje się bardzo utopijnego tematu, przedstawia go jednak w bardzo wysublimowany sposób. Przy okazji – świetna scena ze „studiowaniem” przypadku. Widz ma okazję zobaczyć każdy wybór bohatera, tutaj nic nie jest ukryte czy owiane tajemnicą. Od początku wiadomo, kto umrze i w jakich okolicznościach. Nie będę jednak porywał się z motyką na słońce i tłumaczył, o co chodziło twórcy w każdym aspekcie, bo musiałbym obejrzeć to jeszcze kilka razy.

Nie sądziłem, że to powiem, ale Brad Pitt bardzo szybko odbudował u mnie swój wizerunek. Po fatalnym „Tajne przez poufne” nie wiązałem wielkich nadziei w przyszłych występach tego pana na scenie. Być może to właśnie Benjamin tak go pochłonął, że nieco przymknął oko na swoją rolę w filmie braci Cohen. Pani grająca drugą ważną postać dla głównego bohatera(Cate Blanchett) jest jednak kiepska. Nie przyciągnęła zbytnio mojej uwagi. Nie ma tego czegoś, co możemy zauważyć u tych najlepszych aktorek. Czasem wygląda, aż za idiotycznie, gdy dziewczyna próbuje pokazać pazur, a ma na to okazję niejednokrotnie. Nie ma, co zaprzeczać, ze czekałem, aby zobaczyć „odmłodniałego” Brada i się nie zawiodłem. To, co zrobiono z jego twarzą to istny geniusz. Scena, w której wygląda jak gimnazjalista rozwala od podszewki.

Świetne kino o wzlotach i upadkach, przemijaniu. Genialnie ukazywane różnice wieku między bohaterami, bardzo trafne dialogi i przyjemność płynąca z oglądania, chociaż postacie drugoplanowe(oprócz Kapitana statku) były nieco płaskie pod względem osobowości. Zabrakło jakiegoś punktu zwrotnego, czegoś, co mogłoby zaskoczyć. Mnie to w sumie nie przeszkadzało, ale będą osobniki, które się do tego przyczepią.

Ocena 8/10

Luty 7, 2009 at 1:15 pm 1 komentarz

Frazy wyszukiwarek, część 2

googleHello! W poprzedniej notce była mowa o sequelu gry Runaway. Tym razem u mnie, część druga notki Pt. „frazy, wyszukiwarek”, czyli wasze ulubione. Doszło wiele nowych świetnych tekstów, więc myślę, że to będzie dla was dobra zabawa. A jak przypomnę laikom – frazy wyszukiwarek to teksty, które wpisuje internauta w google, a potem wchodzi na mój blog, który rzekomo jest z tym związany. Tym razem aż 14 fraz.

14. „Podkłady muzyczne familiada” – jak widać Karol Strasburger ma wielu fanów i bez wydania soundtracka z jego programu się nie obejdzie. Właśnie, „macie może napisy do soundtracka” z Władcy Pierścieni?

13. „Panek silny” – koks zrobił swoje, przyrost mięśni – 20 ton tygodniowo, to przez niego będzie koniec świata w 2012 😉

12. „Zajebiste słowa dla drużyny” – nie ma to jak początkujący trener szukający tekstów, aby zmotywować chłopaków. Może to, któryś z trenerów Startu Stanowice?

11. „Nie ma tu nic szczególnego” – google ma rację :] na tym blogu naprawdę wieje nudą i jest chujnia z muzodajnią.

10. „Pikantny humor twoja stara” – rzeczywiście humor o twojej starej jest pikantny, podobno ogląda pornole do końca bo myśli, że się ożenią.

9. „Koreanskie male cycki sex” – a już myślałem, że gust polaków ogranicza się do kobiet hojnie obdarzonych przez naturę.

8. „Tak male cycki sex” – to chyba napisał ten sam człowiek, w dodatku chyba prowadził dialog z google i stanowczo twierdził, że chodzi mu właśnie o małe cycki!

7. „Schemat spłuczki” – ktoś tu chce zakończyć dominację TOI-TOI’ów

6. „Zagadki logiczne po polsku dla klasy 6” – najlepszą zagadką dla 6 klasy podstawówki będzie odcięcie im neostrady.

5. „Lech pawlak nie żyje” – jakieś herezje sieją polskie dresy, Lechu zawsze będzie sobie śpiewał, będzie sobie grał, będzie coś jechało, powie: tralala.

4. „Sex z czarnuchem” – spokojnie dziewczyny, biali faceci też mają dosyć duże przyrodzenie, w porównaniu do żółtków 😉 A czarne – nie znaczy lepsze.

3. „You baby komedia com” – OSCAR w kategorii najbardziej niezrozumiałego wpisu.

2. „Gangsta dresy obejrz” – polecam odpalić jakikolwiek teledysk „FIRMY”. Czy gangsta to nie wiem, ale dresy na bank.

1. „Dziecko neostrady z bombą po ojcu” – i co tu więcej dodawać? Absolutny mistrz. Nie potrafię rozkminić tego wpisu.

Luty 4, 2009 at 9:57 pm 2 Komentarze


Brzozaw 8)

Człowiek lub istota człowieczo podobna pisząca na temat ciekawych krążków rockowych, A.C. Milan, Oasis i filmów.

Piszę o tym, o czym korwa chcę pisać.

Mój last.fm znajduje się tu:
http://www.lastfm.pl/user/brzozaw
GG: 9328484

Cheers!

Czego słucham w tej chwili?

Kalendarz

Luty 2009
Pon W Śr C Pt S N
« Sty   Mar »
 1
2345678
9101112131415
16171819202122
232425262728  

Co oznaczają cyferki ;)

10 - Klasyk
9 - Zajebiste
8 - Bardzo dobre
7 - Dobre, ale...
6 - Prawie dobre
5 - Przeciętne
4 - Słabe
3 - Żenujące
2 - Katastrofa!
1 - Twoja Stara

Kategorie

Takie tam ;)

  • 39,417 wejść