In Bruges
wrzesień 27, 2008
„Po zabiciu ich wyrzuciłem pistolet do Tamizy… Umyłem dokładnie ręce w łazience w Burger Kingu… Poszedłem do domu, by poczekać na dalsze instrukcje… Niedługo potem, instrukcje dotarły… “Wypierdalaj z Londynu, jebany kretynie.”
Tak zaczyna się „In Bruges”. Po przygodzie z drugą częścią Hellboya(miałem zrecenzować, ale o gównie pisać nie lubię) utraciłem wszelaką nadzieję na coś co chociaż spowoduje u mnie głębsze przemyślenia. Chodziło rzecz jasna o kino roku 2008, w którym póki co niewiele dzieł przyprawiło mnie o refleksję.
Szukałem sobie z nudów jakiejś prostackiej angielskiej komedii. Trafiłem na film „In Bruges” w polskim(fatalnym) tłumaczeniu: „Najpierw strzelaj, potem zwiedzaj”. Zobaczyłem, że w obsadzie jest Colin Farrell, więc obraz nie bardzo jawił mi się jako chamska komedia. Rzeczywiście tak nie było. To dopiero drugi film w karierze Martina McDonagh’a. Pierwszy z nich „Sześciostrzałowiec” otrzymał Oscara. Wracając jednak do meritum.
Akcja filmu zaczyna się, trwa i kończy w Brugii. Niektórzy twierdzą, że to dobra reklama dla tego belgijskiego miasteczka. No cóż, trzeba przyznać, że w filmie często się o nim mówi i pokazuje wiele budowli. Podoba mi się fabuła. Jest oryginalna(przynajmniej ja się nie spotkałem z tego typu historią) i zaskakująca. Czarnego humoru nie brakuje, ale scenariusz trzyma go na smyczy tak, aby nie pogryzł odbiorcy. Muzyka jest bardzo fajna, a mnie przypadła do gustu. Chociaż odnosiłem wrażenie, że „już gdzieś to słyszałem”.
Głównymi bohaterami są Ray i Ken. Obaj są zabójcami i po „wypadku” przy pracy wyjeżdżają(przynajmniej nie z własnej woli) do Brugii. Mają tam przebywać przez 2 tyg. i czekać na telefon od szefa. Rayowi(Farrell) nie bardzo ta wizja się podoba. Ma ku temu solidne argumenty, ponieważ wg. niego Brugia to gówno, dno i piekło. W dodatku ciągnie się za nim jakiś problem. Nie martwcie się – dowiecie się na czym polega. Tak właśnie rozpoczyna się prawdziwe święto dla maniaków kina. Mamy tutaj prawie wszystko – dramat, romans, komedię. Jedną z największych zalet jest to, że gatunki zostały świetnie połączone.
Obraz McDonagh’a nie jest kolejną głupią strzelaniną. Dowiecie się tu wielu istotnych rzeczy.
Nie będę jednak się rozpisywać nad moralnymi perypetiami naszych bohaterów. Przejdę do aktorstwa. Colin Farrell kojarzył mi się tylko z filmem „Rekrut”, w którym zagrał bardzo dobrze u boku WIELKIEGO Pacino. Tutaj aktor wspina się momentami na wyżyny. Choć po pewnym czasie wyraz jego twarzy może nudzić. Brendan Gleeson dorównuje partnerowi mimo, że nie ma najłatwiejszej roli. Przede wszystkim to on i jego charyzmatyczny głos można najbardziej zapamiętać. Stwierdzicie, że nie jestem oryginalny, lecz w filmie irytowało mnie przeciąganie niektórych scen. Jednak najwyraźniej potrzebował tego tajemniczy klimat dzieła.
Nie jest to mój akt desperacji, ani debilizmu, ale film dostał zasłużoną ocenę. Nie będzie to z pewnością 9 czy 10, ale na mocne 7 McDonagh i spółka zasłużyli. Oby więcej takich dzieł, a Huujowodzkie badziewia będą oglądane tylko przez dzieci neostrady.
Ocena: 7/10 !
Entry Filed under: Filmy. Tagi: brendan gleeson, colin farrell, film, in bruges, najpierw strzelaj potem zwiedzaj, ralph fiennes, shoot first sightsee later, w brugii.
2 Comments Add your own
Leave a Comment
Some HTML allowed:
<a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <pre> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>
Trackback this post | Subscribe to the comments via RSS Feed

1.
patka | wrzesień 27, 2008 at 10:35 am
Ha. Fanką Collina nie jestem, ale brzmi ciekawie.
2.
stari141 | październik 2, 2008 at 7:37 pm
wiadome było że hellboy to kicha będzie