Archive for marzec 2nd, 2008
The Killers – Sawdust
Kiedy jakiś rok temu, zetknąłem się z muzyką The Killers, było super :] A, że uwielbiam słuchać debiutów, „Hot Fuss” poszedł na pierwszy ogień. Płyta podobała mi się tak bardzo, że słuchałem jej kilka razy dziennie. Brandon Flowers i koledzy zafundowali moc jakiej dawno nie słyszałem. Potem przyszła pora na „Sam’s Town”. W pierwszym krążku „zabójców” utarło się, że czym dalej tym słabiej. Właśnie podchodząc do drugiej płyty liczyłem, że to się nie powtórzy. Tu wolniejsze kompozycje były wymieszane z szybkimi. Dało to kiepski efekt, w dodatku piosenki były nierówne. Przykład? Po świetnym „When You Were Young” Flowers funduje nam dno „Bling”. Po bardzo ładnym „Bones” dostajemy „My List”, to chyba jakiś żart – pomyślałem. Postanowiłem wstrzymać się z osądem całego dorobku. Najgorsze dopiero miało nadejść…
Sawdust – wydany w listopadzie, ubiegłego roku. „Jest kompilacją złożoną z b-side’ów, coverów, remixów i rzadkich utworów grupy.” – powiedziała wikipedia. Posłuchałem kilka razy. Ta płyta jest fatalna. Może to za mocne słowa, bo największym fanom przypadnie do gustu. Ale ja nie widzę w niej nic dobrego(może przyzwyczaiłem się do świetnych B-side’ów Oasis).
Grupa traktuje nas na początku dosyć dobrymi numerami – Tranquilize(mam zastrzeżenia) i Shadowplay(cover Joy Division). Następnie mamy „All The Pretty Faces” – jestem zmieszany. Coś tam niby jest mocniejszego, ale wokal mnie rozczarowuje. Flowers strasznie wyje. Kolejny numer jest podobny, nieco wolniejszy – znowu kiepski. Ja rozumiem, że to b-side’y są. Lecz jak się woła za to ponad 30 zł, to wypada nie odwalić fuszerki. „Sweet Talk” nie ma nic wspólnego ze słodkością. No może w pewnym momencie Brandon rzeczywiście śpiewa „słodko”.
„Under the gun” – ten kawałek udowadnia jedno. To co powstawało obok „Hot Fuss” było zajebiste. Może piosenka jest prosta, ale ma to czego, nie posiadają poprzednicy – słucha się jej przyjemnie. Nie jest długa i to wychodzi jej na zdrowie. „Where The White Boys Dance” funduje nam to co zwykle – zamuła i lekkie przypieprzenie przy refrenie. Zdecydowanie in minus. Kolejny utwór to chyba kopia poprzedniego z większą dawką perkusji. Przemilcze „Move Away”.
Dopiero przy „Ruby, Don’t Take Your Love To Town” nie chciało się zażądać zwrotu kasy – świetne country. Ale do jasnej – ciasnej, to znowu COVER. Widać gołym okiem, że bandowi lepiej wychodzą obce niż własne nagrania.
„Sam’s Town(Abbey Road Version)” – jeśli lubimy oryginał, to przypadnie nam do gustu. Mi przypadł. „Romeo and Juliet” – ten utwór nawet może być, choć do oryginału Dire Straits się nie umywa. Ostatni kawałek, remiks „Mr. Brightside”(jednej ze świetnych piosenek Killersów) to wstyd.
Reasumując: The Killers są na równi pochyłej, Flowers ma kryzys twórczy. A grupa chce chyba skorzystać na „marce” wśród młodzieży i zarobić trochę kasy.
To nie jest dobre, tak nie robią dobre zespoły. Problem leży w tym, co pokaże kolejna płyta studyjna – jeżeli wyjdzie.
Jednak śmiało mogę powiedzieć: szkoda. Killersi udowodnili, że wielkim zespołem nigdy nie zostaną. Zrozumiałbym gdyby to był ich piąty krążek. W pamięci pozostanie mi dosyć dobry występ na Glastonbury 2007 i bardzo dobra „Hot Fuss”.
Współczuję ludziom którzy nabrali się na estetyczną okładkę. Ich utwory tu, to kompletne trociny… Ocena będzie słaba, krążek ratuje kilka coverów. Boguś Linda mógłby powiedzieć do czwórki Killersów: „co wy kurwa wiecie o zabijaniu?”, tą płyta nie zabili – dali się zabić.
Ocena: 2/6
3 comments marzec 2, 2008
Yes, there’s love if you want it…
Nadszedł czas na coś nowego
Dziś napiszę o występowaniu siedmionogich wiewiórek na Antarktydzie. Nie no żartuje, łatwiej byłoby napisać o życiu Kaczek w Polsce
A jeśli jesteśmy w temacie tych zwierząt to: Pewien zawodnik, 18 letni Alexandre Pato przeszedł kilka miesięcy temu do Milanu za 20 mln. Niby nic w tym dziwnego. Lecz owy gracz ma ksywę „Kaczor”. W związku z tym, pewni mądrzy ludzie z ACMilan.pl ukazali nam kulisy tego transferu. Pan na pierwszych dwóch obrazkach to Prezydent Czerwono-Czarnych(A.C. Milan)
Nie rozumiecie? B.A.R.A.N. by to zrozumiał
Weekend się kończy – szkoda. Jednak pozytywne aspekty również występują. Powrót pewnego „Kanara” ze Szwecji jest na pewno dobrą sprawą. W końcu 3 tyg. nie byliśmy na „zakupach w Intermarche”.
Obejrzałem kilka filmów – m. in. świetny „Fight Club” którego świeżą recenzję znajdziecie na www.paweuu.wordpress.com – „Alternatywnym blogu pewnego geniusza”. Nie będę się o nim rozpisywać – Paweuu opisał go wyczerpująco
Oglądnąłem również: „Ranczo: Wilkowyje” i „Noc żywych kretynów”. Pierwszy film na prawdę ciekawy i śmieszny. Lubię ten serial, kinową wersję ocenię 4/6. Kilka gagów sprawiło, że płakałem ze śmiechu. Drugi film przyprawił mnie o… debilizm
Dawno nie widziałem tak pieprzniętego „dzieła”. Aczkolwiek powiem szczerze: śmiałem się jak dzieciak
Kilka słów o rock ‘n’ rollu. Zacznę od tego, że polecam utwór The Verve – Sonnet. A szalejąc polecę cała płytę Aschcrofta i kumpli „Urban Hymns”. Myślałem ostatnio nad zrecenzowaniem jakiegoś krążka. Na celownik wpadł mi The Killers – Sawdust. Czyli odrzuty ze studia. W niedalekiej przyszłości pojawi tu się stosowna recenzja
Ostatnio zapomniałem, wspomnieć o wynikach plebiscytu(najlepszy brytyjski album) zorganizowanego przez magazyn Q i HMV. Oaza oczywiście zdominowała go totalnie
I kto tu jest zajebisty?
01. Definitely Maybe – Oasis
02. (What’s The Story) Morning Glory? – Oasis
03. OK Computer – Radiohead
04. Revolver – The Beatles
05. The Stone Roses – The Stone Roses
06. Sgt Pepper’s Lonely Hearts Club Band – The Beatles
07. London Calling – The Clash
08. Under The Iron Sea – Keane
09. Dark Side Of The Moon – Pink Floyd
10. Urban Hymns – The Verve
Albumów było 50, ale wybrałem pierwszą 10, żeby nie zapychać miejsca.
A, że Gallagherowie rządzą to zapodam ja coś beatiful. Live Forever ze specjalną dedykacją dla JOHNA LENNONA i innych muzyków
Maybe i don’t really want to know…
2 comments marzec 2, 2008
